To może jeszcze jedna wspomnieniowa perła językowego humoru.

Ogólnie uwielbiam Włochy i Włochów, ale to taki gadatliwy naród, że jak siedzą cicho, to trzeba wzywać Zakład Pogrzebowy A.S. Bytom, bo lekarz już nie pomoże;)

W każdym razie jakiś tam urlop: siedzimy w weneckim porcie i czekamy na prom. Akurat los sprawił, że przy stoliku na pewien czas zostałem sam. Podchodzi jakaś kobieta i pyta po włosku o coś, czego nie zrozumiałem, ale wychwyciłem „occupato”, a każdy, kto choć raz był we włoskim kiblu zorientuje się, że to „zajęte”.

Odpowiadam więc wskazując na krzesło:

– No, no, per favore.

Babka siada i, jak to Włoszka, zaczyna niekończący się monolog:

– Blablabla (włoskie słowa, niestety bez pizza, pasta, espresso, cappuccino czy innych zrozumiałych), bla, bla, blaaaaaaaaaaaaaaaaaa, blaaaaaaaaaa, blablabla wychwyciłem „condizionata”. A że faktycznie klimatyzacja chyba była zepsuta, bo grzało niemiłosiernie, więc się usłużnie zgodziłem, tym samym niebezpiecznie wyczerpując moje zasoby włoskiego słownictwa:

– Si, si, fa caldo.

Ta się ucieszyła, że trafił jej się taki zgodny i w dodatku milczący rozmówca i dalej zasuwa po swojemu. Ja tylko kiwam głową z uśmiechem debila, który jeszcze bardziej ją nakręca na słowotok. Nie mam pojęcia, ile to trwało, ale z mojej perspektywy wieki. Nagle zjawia się facet mojej rozmówczyni i zaczynają się kłócić (albo rozmawiać, z Włochami trudno się zorientować), ostatecznie gość pokrzykuje i na mnie. Wzruszam ramionami, wstając od stolika rzucam:

– Non parlo italiano… eeee… sorry…

I umykam chyłkiem. Mina babki bezcenna.

Dodaj komentarz