Były święta i ekipa wydawnicza miała wolne, a ja 150 książek do wysłania, więc w role elfów świętego Mikołaja wcielili się członkowie mojej rodziny. Przede wszystkim rodzice, którzy jadąc do nas niby wiedzieli w co się pakują, ale nikt nie przewidział skali zjawiska. Z tego miejsca chciałbym ich przeprosić za traumatyczne doświadczenia;)

Matka: To co mam robić?

Ja: Bierzesz po kolei każdą książkę i patrz… Tu wklejasz erratę, tu stawiasz pieczątkę, a potem wydzierasz…

Matka: CO ROBIĘ???!!!

Ja: Wydzierasz tę stronę, o tak…  (szuuu, poszła kartka)

Matka: Coś ty zrobił?!

Ja: Właśnie trzeba tak powydzierać…

Matka: MAM WYDZIERAĆ KARTKĘ Z NOWEJ KSIĄŻKI???!!!

Ja: Ale to tak ma być.

Matka: Co ma być?! Jak ma być?! KARTKI Z KSIĄŻKI?!

Ojciec: To daj, ja będę wydzierał.

Matka: Ty mi się tu nie wtrącaj. Ty pakujesz w papier.

Ojciec: Ale jak ty nie możesz…

Matka: Co nie mogę! Patrz! (szuuu)

(wszyscy rozchodzą się do swoich zajęć)

Matka (pod nosem): Żeby wydzierać kartki… (szuuu)

Matka (pod nosem): Z nowej książki… (szuuu)

Matka (pod nosem): Co to za durny pomysł… (szuuu)

Matka (pod nosem): Żebym ja musiała taką dewastację… (szuuu)

Matka (pod nosem): Kto to widział… (szuuu)

Matka (pod nosem): Zero szacunku… (szuuu)

Matka (pod nosem): Normalnie zero… (szuuu)

Matka (pod nosem): Co mi na stare lata przyszło… (szuuu)

Matka (pod nosem): Syn marnotrawny! (szuuu)

(i tak ze 150 razy XD)

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz