[Ogłoszenie: Każdemu, kto jeszcze do mnie napisze, że ma w „Chaosie” uszkodzoną stronę, będę wydzierać zakończenie z trzeciego tomu;)]

MarMax Borowski

Spadek

Mój ojciec był nieudacznikiem.

Nie umiał utrzymać pracy, nie potrafił zadbać o rodzinę albo chociaż o swoją reputację. Może nie zabrzmi to najlepiej, ale ulżyło mi, kiedy mama go zostawiła i wyprowadziła się do nowego partnera, zabierając mnie ze sobą. Oczywiście czułem też niepokój i smutek, lecz uczucie ulgi było dominujące. Wchodziłem właśnie w trudny okres dojrzewania i strasznie wstydziłem się taty wariata. Wtedy jeszcze tak naprawdę nie zwariował, raczej był dziwakiem, lecz podwórkowy sąd polowy wydaje wyroki łatwo i bezlitośnie.

Kiedy byłem mały, wymyślał dla mnie baśnie, które uwielbiałem. Zawsze występowały w nich niezrozumiałe detale, jak grawitacyjne zakrzywianie czasoprzestrzeni, tajemnicze kontinua, tunele czasoprzestrzenne czy rzeczywistości alternatywne, lecz dla dziecka były to tylko kolejne fascynujące elementy magiczne. Z naukowych książek układaliśmy wieże lub labirynty, w których bohaterowie zrobieni przez nas z kasztanów albo spinaczy przeżywali przedziwne przygody. Jednak im stawałem się starszy, tym bardziej ojciec tracił kontakt ze mną i ze światem. Był nieobecny myślami, prawie mnie nie zauważał, wiecznie zakopany w swoich papierach, książkach i badaniach, ciągle z jedną nogą uniesioną nad progiem urojonego wielkiego odkrycia, które zmieni świat. Mama mówiła, że kiedyś naprawdę uznawano go za obiecującego naukowca, ale z czasem jego eksperymenty robiły się coraz dziwniejsze, a on stopniowo odklejał się od rzeczywistości. W końcu zwolnili go z uniwersytetu, wbijając tym samym ostatni gwóźdź do trumny jego zdrowego rozsądku.

Wyprowadziliśmy się i widywałem go coraz rzadziej. Próbował nas odwiedzać, zapraszał do siebie, ale i mama, i ja unikaliśmy go. Wyglądał jak szalony naukowiec z filmu science fiction – wychudzony, w wygniecionym ubraniu, z rozczochranymi włosami i rozbieganym wzrokiem. Miał jakąś obsesję liczb, podniecony mamrotał pod nosem losowe numery albo liczył wszystko wokół i dodawał, aż doszedł do stu, po czym zaczynał od nowa. Innymi razy popadał w coś w rodzaju otępienia, siedząc bez ruchu i bez słowa, dopóki się go nie trąciło w ramię. Myślałem, że spalę się ze wstydu, kiedy pojawił się na działkowym grillu z okazji moich osiemnastych urodzin, uroczyście wręczając mi w prezencie własnoręcznie spisany tom baśni, które opowiadał, gdy byłem dzieckiem. Znów na jakiś czas stałem się pośmiewiskiem. I z racji ojca – żywego wcielenia doktora Emmetta Browna z „Powrotu do przyszłości”, i z powodu tych dziecinnych historyjek, których nie wypadało czytać komuś, kto właśnie mógł legalnie kupić alkohol. Odzyskałem honor, kiedy na którymś z kolejnych spotkań przy piwie i grillu użyłem tej książeczki jako podpałki, jednak przezwisko „Marty” przylgnęło do mnie na stałe.

Nie muszę chyba dodawać, że ojciec był kompletnie spłukany. Nie znalazł, a pewnie nawet nie szukał nowej pracy, nie płacił alimentów ani – jak się potem dowiedzieliśmy – czynszu za nasze stare mieszkanie. Ostatecznie wylądował w letniskowym domku swojego brata, co uniemożliwiało nam spotkania przy grillu i sprawiało, że byłem na niego wkurzony jeszcze bardziej.

Mieszkał na działce przez jakiś czas i też na tej działce umarł.

– Kompletnie sfiksował – mówił wujek do mojej mamy na stypie. – Tuż przed śmiercią próbował mi wcisnąć jakiś swój notes czy dziennik. A potem w kółko mamrotał coś w rodzaju „sto stron”. Sto stron, rozumiesz? – Nalał sobie kolejny kieliszek i od razu wychylił ku pamięci nieżyjącego brata. – Dziadostwo ma chyba z trzysta, a nie przebrnąłem nawet przez pięć. To całkowite brednie. Nadają się co najwyżej do podcierania tyłka.

– No wiesz… – żachnęła się mama.

– Prawdę mówię, to szczerze i prosto z mostu.

– Pisał szyfrem? – zainteresowałem się.

– A skąd! Zwyczajnie. Tylko jakieś bzdury. Oderwane zdania bez ładu i składu. Wszystko mu się w tej biednej głowie pomieszało. – Polał sobie znowu i wyciągnął butelkę w moją stronę. – Tobie też polecił przekazać.

– Przekazać? Co?

– Sto! – Wuj parsknął cicho z własnego żartu, ale natychmiast się zasępił. – Biedny, biedny świrus. Całkiem mu odbiło z tymi liczbami. Zwłaszcza z setką. I właśnie to powiedział tuż przed przyjazdem karetki: „Niech Marty przestudiuje setkę”. A może „setną”? No nie wiem, coś takiego bez sensu. I umarł. Dosłownie. Powiedział i umarł. Zanim przyjechali. – Przygarbił się, umilkł ze zbolałym wyrazem twarzy i ponownie sięgnął po butelkę, by utopić w niej smutek.

Zirytowałem się, bo nie lubiłem tego przezwiska i ojciec powinien o tym wiedzieć, a poza tym choćby w ostatnich słowach przeznaczonych dla mnie mógłby wygłosić coś wartościowego. Cokolwiek, co pozwoliłoby mi lepiej o nim myśleć.

Ale nie wygłosił.

I pozostałem ze wspomnieniem taty wariata.

***

Jakiś czas potem przechodziłem przypadkiem koło naszego starego bloku.

– Halo, panie, pan zaczeka – zawołał do mnie ktoś z balkonu.

Spojrzałem w górę i zobaczyłem właściciela mieszkania, które wcześniej wynajmowaliśmy i w którym pozostał ojciec, zanim skończył na działce.

– To nie moje długi! – rzuciłem asekuracyjnie. – Nie zapłacę!

– No jasne! – burknął szyderczo gość z góry. – Nie ma już ludzi honoru. Czekaj pan! – krzyknął, kiedy wzruszyłem ramionami i zacząłem iść dalej. – Przyszło do wariata jeszcze kilka listów. Trzymałem na wszelki wypadek. – Zniknął w mieszkaniu, a po kilku chwilach pokazał się znowu, po czym cisnął we mnie zaklejonym taśmą pudełkiem po butach.

Otworzyłem je dopiero w domu, nie licząc na to, że znajdę w środku coś ciekawego. I rzeczywiście, nie było tam niczego, co zasługiwałoby na uwagę – zaległe rachunki, kilka nierozpakowanych czasopism naukowych, parę listów, które po otwarciu okazały się broszurami reklamowymi i podobnymi śmieciami. Ostatni chciałem wyrzucić bez rozrywania koperty, bo była zalana czymś, co przesiąkło na wylot, rozmazując zarówno adres nadawcy, jak i odbiorcy, śmierdziało i lepiło się do palców. W końcu jednak otworzyłem list, znajdując wewnątrz pojedynczą stronę pochodzącą chyba z firmowej papeterii jakiegoś hotelu albo urzędu, w każdym razie miała wytłoczone ozdobne logo z nazwą pobliskiej miejscowości. Kartkę zapełniało staranne, częściowo rozmazane pismo.

„Kochany…” – uderzyło mnie, że ktoś korespondencję z moim ojcem rozpoczyna takim czułym słowem. Dalej może następowały jakieś pieszczotliwe zwroty, ale początek kartki był, poza pierwszym wyrazem, całkowicie nieczytelny. Rzuciłem okiem na sam dół, a tam było znów trochę pomazane i „Maria”. „Na zawsze Twoja Maria”? „Kochająca Cię Maria”? Zacząłem tworzyć w myślach różne wersje, jakimi list zakończyłaby kochanka. Ale czy ojciec mógłby mieć kogoś takiego? Uśmiechnąłem się nad niedorzecznością tej myśli i wróciłem do początku. Większość tekstu była nieczytelna, ale środkową część dało się odcyfrować bez większego trudu.

„…za Twoją niezwykłą hojność.

Jak widzisz, dotrzymałam słowa i przeczytałam Twój notes na długo przed datą graniczną. Początek wystawił na ciężką próbę moją cierpliwość, ale teraz rozumiem, że musiałeś jakoś ukryć właściwy przekaz przed ewentualnym niepowołanym wzrokiem. A może był to też jakiś test dla mnie? Sprawdzałeś, czy ufam Ci na tyle, by brnąć przez te językowe katusze? To nieco okrutne, Mój Drogi, będziesz musiał mi to wynagrodzić spotkaniem przy kawie, bez względu na miliony, jakie wygrałam dzięki Twojemu geniuszowi.

Strona setna naturalnie wyjaśniła wszystko. Do pierwszego października, którego nadejście pogrzebałoby moje szanse na wygraną, było jeszcze daleko, lecz zdecydowałam się nie czekać ani nie kusić losu. Obstawiłam odpowiednie numery we wskazanej przez Ciebie grze liczbowej, kiedy tylko nadarzyła się pierwsza duża kumulacja nagrody wypadająca we właściwym oknie czasowym. Poza tym bałam się, że mogłam nie zrozumieć wszystkich Twoich wskazówek i popełnić błąd w obliczeniach, więc lepiej było podjąć próbę możliwie szybko, by w razie niepowodzenia mieć szansę na kilka kolejnych. Ale udało się za pierwszym razem! Nigdy nie wątpiłam w Twój talent i niezwykły umysł, ale przewidywanie przyszłości z dokładnością…”

Dalsza część ginęła w plamie. Poza słowem „Maria” na samym końcu zdołałem dostrzec jeszcze tylko kilka pojedynczych liter. Czytałem list raz po raz, nie mogąc wyjść ze zdumienia. To mógł być jakiś głupi żart. Ale jeśli ojciec naprawdę odkrył, jak przewidzieć wyniki losowań gier liczbowych, to dlaczego powierzył tę tajemnicę jakiejś Marii, o której nigdy nie słyszałem? A potem przypomniałem sobie, co wujek mówił na stypie i połączyłem fakty. Dziennik! Setna strona! Możliwe, że ojciec jednak próbował zostawić mi jakiś spadek! Rzuciłem okiem na kalendarz. Był dwudziesty dziewiąty września. Jeśli dobrze zrozumiałem, to miałem jeszcze chwilę przed nadejściem „daty granicznej” na rozszyfrowanie notatek i ustalenie, o jaką grę chodzi, choć „kumulacja” kojarzyła się z tą najpopularniejszą. A jeśli miałem rację, to przy odrobinie szczęścia zdążę jeszcze nabyć kupon na jutrzejsze losowanie. Ale czy będzie to właściwe „okno czasowe”?

Zostawiłem te rozmyślania na potem. Później poszukam tajemniczej Marii, później pośmieję się z siebie, jeśli to był dowcip, później zadzwonię do mamy, teraz nie było czasu do stracenia. Znalazłem w szufladzie biurka zapasowe klucze od działki, wskoczyłem na rower i pomknąłem co sił, ścigając się z czasem.

***

W domku na działce panował nieład. Spodziewałem się tego, bo ojciec zawsze pracował w oku papierowego cyklonu. Wszędzie rozrzucał książki, rozkładał notatki, znaczył całą dostępną przestrzeń samoprzylepnymi kartkami, a gdy ich brakowało, notował na czym popadło ze ścianą i blatem biurka włącznie. Jakkolwiek bałagan, który zastałem na daczy, był zupełnie innego rodzaju – rozgrzebana pościel, porozwieszane i porozrzucane ubrania, pootwierane paczki ciastek, sterty nieumytych kubków ze śladami po kawie. Ale samych książek i papierów było niewiele, chociaż leżały w nieładzie tu i tam. Przekopałem szybko całe pomieszczenie – był to tylko jeden pokój z kanapą, stołem, kilkoma krzesłami i – jak to mawiała mama – „kącikiem kuchennym”, na który składał się zlew, mała lodówka, ustawiona na niej płyta grzewcza i elektryczny czajnik. Obszukałem każdy kąt, przetrzepałem kieszenie ubrań oraz pościel, przewertowałem wszystkie książki, złożyłem papiery na kupkę i na wszelki wypadek przejrzałem jeszcze raz. To były tylko kserokopie wyrywków artykułów naukowych, w których ojciec podkreślił kilka fraz, ale na żadnej nie porobił notatek. Gdzie mógł być dziennik? Może wujek zabrał do domu? Już wyjąłem telefon, żeby do niego zadzwonić, lecz przypomniałem sobie jeszcze, co dokładnie mówił po pogrzebie i wtedy mnie olśniło.

Pognałem na drugi koniec działki do wychodka. Wujek był skąpiradłem i wcale bym się nie zdziwił, gdyby naprawdę postanowił zamiast papieru toaletowego – czy raczej gazet, których na działce używał w tym charakterze – skorzystać z darmowego notesu.

Leżał tam! Wymięty, zabrudzony na brzegach, z pozaginanymi rogami – dziennik mojego ojca. Mój jedyny spadek. Chwyciłem go łapczywie, wyszedłem na zewnątrz ku resztkom słonecznego światła. Drżącymi dłońmi rozchyliłem pomięte okładki. Zacząłem gorączkowo przerzucać brudne, miejscami posklejane kartki, szukając setnej strony. Przez tę chwilę, przez kilka uderzeń serca jeszcze nie wszystko było stracone…

Ojciec odręcznie numerował strony, kilka było wyszarpanych albo pozaginanych, a setna… a setna była wydarta! Wrzasnąłem ze złości i cisnąłem dziennikiem o ziemię. Jakbym niewystarczająco miał w życiu pod górkę, to teraz moje dziedzictwo przepadło, bo wujek postanowił podetrzeć sobie dupę.

***

Minęło kilka dni. Nie poddałem się tak od razu. Wypytałem wujka – faktycznie parę razy podtarł sobie tyłek losowo wydartymi kartkami. Żadna nie wydała mu się inna od pozostałych. Pokazałem mamie list. Przez jakiś czas wspólnie zastanawialiśmy się, kim mogła być tajemnicza autorka, ale mama obstawała przy tym, że padliśmy ofiarą żartu. Dopuszczała co najwyżej myśl, iż przesyłka pochodziła od któregoś ze znajomych ojca, jednego z dziwacznych kolegów, który też sfiksował. Próbowałem odczytać resztę dziennika, ale naprawdę były to jakieś brednie bez ładu i składu. Oglądałem w kółko poplamioną kartkę listu i zabrudzoną kopertę. Dopiero po jakimś czasie wpadłem na pomysł, by wrzucić do sieci logo z papeterii. I tym sposobem odnalazłem Marię.

***

– Jesteś taki podobny do taty – powtórzyła po raz kolejny Maria, czy raczej pani dyrektor, szefowa tutejszego sierocińca.

Za każdym razem gdy to mówiła z jakimś dziwnym zachwytem w głosie, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Więc tylko upiłem łyk herbaty.

 – Wiedziałam, że go nie dostał. – dyrektorka dotknęła pomarszczoną dłonią listu leżącego na dzielącym nas biurku. – Nie odpisał, więc zadzwoniłam, choć tego nie lubił.

– Nie miałem pojęcia, że ojciec wychował się w sierocińcu. Nigdy bym was nie znalazł, gdyby nie wasze logo.

– Nie szkodzi – tym razem to ona uniosła filiżankę nie spuszczając ze mnie wzroku – w razie czego, to ja znalazłabym ciebie.

– W razie czego…? – ni to powtórzyłem, ni to zapytałem skonsternowany.

– Chyba już się domyśliłeś. Widziałeś jak wyremontowaliśmy ten olbrzymi budynek? To tylko dzięki twojemu tacie. Spłaciliśmy długi, zorganizowaliśmy dla dzieci…

– Ale w razie czego?! – przerwałem jej, wciąż nie rozumiejąc, co miała na myśli. – Co pani chciała powiedzieć?

– Twojemu tacie zależało, żebyś wszystko odkrył samodzielnie. Jednak bał się, że możesz nie dotrzeć na setną stronę i nie chciał, żebyś przez to stracił fortunę. Czuł się już wtedy bardzo źle, poprosił więc, żebym w razie jego śmierci, nawiązała z tobą kontakt w rozsądnym terminie przed datą graniczną.

– To dlaczego pani tego nie zrobiła?! – burknąłem ostrzej niż zamierzałem. Nie mogłem uwierzyć, że nawet mimo zapobiegliwości ojca los sprzysiągł się przeciwko mnie.

– Ponieważ do daty granicznej jeszcze daleko.

– Jak daleko, jak minęła – wskazałem na list – pierwszego października…

– Ależ nie. – Uśmiechnęła się promiennie, a na jej twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, choć zdawało się to niemożliwe. – Każdy ma swoją datę graniczną. Twoja przypada dopiero za kilka lat. Po drodze pojawi się mnóstwo okien czasowych, z których jedno będziesz mógł wykorzystać.

Przez ułamek sekundy serce zabiło mi mocniej. Nadzieja rozbłysła i natychmiast zgasła.

– To na nic. – Pokręciłem głową. – Mój wujek zniszczył dziennik. Nie cały, ale setną stronę… I kilka innych przez… nieuwagę.

– Więc w tym przypadku już nic nie da się zrobić. – Wyraźnie się zmartwiła. – Twój tata mówił, że musi ograniczyć ryzyko do minimum. Uwzględnił więc w prekognicji tylko mnie, z wdzięczności za wychowanie i z wielkiego serca, mając na uwadze dobro naszych dzieci. Oraz ciebie – bo kochał cię najbardziej na świecie. Ale ostatecznie pod koniec życia zdecydował się także obliczyć wzorzec dla brata, żeby podziękować za dach nad głową. Niestety, z tego co mówisz, wynika, że twój wujek stracił swoją szansę wraz z setną stroną dziennika. Ty natomiast masz dużo czasu przed sobą – znów się rozjaśniła w uśmiechu – i mnie do pomocy, gdybyś miał kłopoty z rozwikłaniem zawiłości własnego wzorca. Ale zgodnie z wolą ojca najpierw musisz pozmagać się z tym samodzielnie. I wierzę, że sobie poradzisz bez trudu, bo przecież te baśnie, które tak kochałeś w dzieciństwie, same objawią ci tajemnicę swojej setnej strony.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Bubu

    Dlaczego opowiadania zawsze takie smutne? Uwielbiam Pana poczucie humoru. Ale ten smutek przytłacza.

  2. Inez

    Wcale mi go nie żal!

Dodaj komentarz