MarMax Borowski
Niekochany
(czyli Kronika zapowiedzianej śmierci)
To dziś. Dzisiaj umrę.
Wykorzystam kilka ostatnich godzin, by przedstawić wam fragment mojej Kroniki zapowiedzianej śmierci. Żaden ze mnie Marquez, ale pozostanie po mnie tylko ten list. I powieść. Tak… jeszcze powieść. Właściwie to wszystko przez nią.
Nigdy nikt mnie nie kochał.
Choć dla uczciwości powinienem raczej stwierdzić bardziej precyzyjnie, że nigdy nie czułem się kochany. Ojciec zniknął w odmętach sztormów życia, zanim zdążyłem go poznać. Matka pocieszyła się szybko i wkrótce poświęciła całą uwagę córce, zrodzonej z nowego związku. Źle mi nie było i nie mam powodów, żeby szczególnie rozczulać się nad dzieciństwem. Ale moja siostra miała w sobie jakiś czar, jakąś iskrę, która rozpalała matczyne uczucie, nie pozostawiając wiele dla mnie.
Kobiety kolejno ode mnie odchodziły. Ania wyjechała na tygodniowe wakacje do Turcji i wróciła z nowym narzeczonym. Magda po kilku wspólnych pięknych miesiącach powiedziała, że nie może się chwilowo ze mną widywać, że zadzwoni… Czekam na ten telefon od piętnastu lat i muszę zaznaczyć, że przez cały czas nie zmieniłem numeru. Ta, której imienia wciąż nie potrafię z żalu głośno wymówić, moja muza… spakowała me uczucia w walizki i wystawiła za próg swego życia, kiedy uznała, że mogę być zagrożeniem dla jej nowego związku. Moja była żona kupiła w prezencie pożegnalnym komplet szklanek do whisky i zostawiła w opustoszałym mieszkaniu z niemą sugestią, że mogę leczyć jej chroniczną nieobecność alkoholem. Utopić w nim smutki, a najlepiej i siebie. Wróciła do swojego eks, postanawiając z nim wychować naszego syna. Do dziś nie wiem dlaczego. Może właśnie w tej mojej ignorancji kryje się główna przyczyna jej odejścia.
Chyba pogodziłem się z tym, że kobiety nie zostają w moim życiu na długo. Nie walczyłem o żadną z nich, może zbyt łatwo godząc się z porażką.
Przyjaciele, koledzy, znajomi… wszyscy byli gdzieś obok. Nie czułem z nikim głębszej więzi. Nie czułem się kochany. Nawet mój kot, co wieczór wychodzący na łowy, pewnego ranka nie wrócił, bo – co odkryłem po kilku tygodniach – przeprowadził się do sąsiadów.
Bardzo możliwe, że była to tak zwana karma albo inna sprawiedliwość wszechświata. Nikt mnie nie kochał, ponieważ i ja nikogo nie kochałem. Udało mi się stworzyć jakieś tam relacje. Zawsze ktoś kręcił się w pobliżu. A to znajomi, potrzebujący porady, a to synek, któremu skończyło się kieszonkowe, a to ktoś tam, kto akurat nie miał się komu wyżalić. Jednak z nikim nigdy nie czułem głębszej więzi i może dlatego zacząłem pisać. Więź z papierem zawsze zdawała się jedyną prawdziwą.
Zatapiałem się we własnych zmyślonych światach. Tworzyłem bohaterów i przeżywałem ich przygody, ich rozterki, ich emocje, zalepiając nimi pustkę, którą odczuwałem w codziennym życiu. A może pustka wynikała z tego, że przeładowany fikcyjnymi relacjami i zmyślonymi więziami nie miałem w sobie miejsca na te prawdziwe? Nie potrafię stwierdzić, co było skutkiem, a co przyczyną. Teraz to nieistotne. Teraz liczy się fakt, że żaden z moich zmyślonych bohaterów nie jest w stanie mnie ocalić. Tylko ktoś z realnych znajomych może przynieść wybawienie.
Czy ktoś mnie uratuje?
Niby przestałem w to wierzyć, ale ta myśl ciągle powraca. Czy ktoś mnie uratuje? Czy ktoś? A może na to nie zasługuję? Przecież mimo wszystko się starałem. Starałem się być dobrym, a przynajmniej nienajgorszym, mężem, ojcem, kochankiem, przyjacielem… Mimo wszystko tak niewiele trzeba, bym pozostał wśród żywych. Tak niewiele. Tylko minimum wysiłku ze strony kogokolwiek. Czekam od dziewięćdziesięciu dziewięciu dni i dziś jest ten ostatni. Ostatni dzień na szansę ocalenia. Ostatni dzień mojego życia.
Wszystko zaczęło się od głupiego żartu. A jeszcze wcześniej od powieści. Od niej i od żartu. Najlepiej opowiem po kolei.
Napisałem powieść.
Jest to zdanie na tyle ważne, że wymaga osobnego akapitu. Zawsze coś tam skrobałem, pisałem do szuflady, dla rozrywki, dla znajomych, dla anonimowego poklasku w Internecie. I ciągle – jak większość niespełnionych grafomanów – marzyłem o książce. Zaczynałem ją wielokrotnie, ale jakoś nie mogłem skończyć. To przerywała mi proza życia, to brak natchnienia, to zmiana koncepcji. I tak w kółko coś. Lata mijały, a ja dorosłem, dojrzałem, nawet zacząłem się powoli starzeć i ciągle tylko marzyłem o powieści. Aż w końcu stało się! Bogowie pisarzy zlitowali się nade mną. Muzy przemówiły. Poczułem napływ natchnienia, złapałem wiatr w żagle i… dodajcie sobie jeszcze dowolną liczbę kiepskich metafor, a mówiąc krótko i prosto: zacząłem pisać i dalej już poszło błyskawicznie – zanim się obejrzałem, dzieło mojego życia było ukończone.
Dzieło mojego życia.
Wiem, że sporo w tym stwierdzeniu zbędnego patosu, lecz jest on zamierzony. Jestem zwykłym przeciętniakiem. Nie wiedzie mi się najgorzej, ale niczym nie mogę się pochwalić. Szary, zwykły człowiek, którego prawie całe życie rozgrywało się w światach zmyślonych. Ta powieść, to jedyna rzecz, której dokonałem i z której jestem dumny.
Znów powraca ta nieznośna nadzieja. Czy ktoś mnie uratuje? Może jednak ktokolwiek z moich bliskich zajrzy do tej cholernej książki? Dzień mija, czasu mam coraz mniej… wiec do rzeczy, do rzeczy…
Zatem napisałem. A potem zaczęła się walka z wydawcami. Przez okrągły rok wysyłałem maile i listy. Najpierw do tych pieczołowicie wybranych wydawnictw, potem już do każdego, jakie udało mi się znaleźć. Pisałem, dzwoniłem, przypominałem o sobie, próbowałem kontaktu przez sieci społecznościowe, wciskałem książkę redaktorom inicjującym na targach i bankietach. I nic.
Zupełnie nic.
Pomijając zdawkowe odpowiedzi w stylu: „dziękujemy, oddzwonimy do pana”, „dziękujemy za interesującą propozycję, ale w tej chwili mamy już zapełniony grafik, odezwiemy się kiedy tylko…” czyli nigdy. Pomijając propozycje drapieżnych pseudowydawców, czyhających na naiwnych autorów, żeby oskubać ich z kasy (Chętnie wydamy pana świetne dzieło, jeśli tylko zapłaci pan nam dwa razy tyle, ile to kosztuje normalnie, a potem wykupi cały nakład). Pomijając tego typu sprawy, nie doczekałem się żadnej reakcji, co stało się przyczyną mojego zniechęcenia, a z czasem załamania. I nie chodziło o to, że nikomu książka się nie spodobała. To by było w porządku. Ludzie mają różne gusta i nikt nie musi podzielać moich. Nie to, że się nie spodobała, tylko że nikt jej nie przeczytał. Byłem absolutnie pewien, że nikt nawet nie zajrzał do przesłanego pliku czy wydruku. Nawet na pierwszą stronę. Nikt!
Oczywiście moglibyście pomyśleć, że moja książka to jakieś zupełne gówno. A kto ją otworzył, ten zaraz zamknął, żeby nie przesiąknąć jego smrodem i stąd ten brak odzewu. Ale skoro doczytaliście już do tego miejsca, skoro wytrwaliście ze mną tych kilka stron, to wiecie, że nie piszę aż tak źle. Owszem, daleko mi do Dostojewskiego, jednak – musicie przyznać! – daleko mi też do totalnego gówna.
Minął rok, a ja straciłem nadzieję na to, że moje dzieło ukaże się drukiem. Myśl, że nikt nigdy go nie przeczyta wwiercała się w mój umysł, jak zardzewiała śrubka, ciągle chrobocząca, boleśnie niedająca spokoju. W końcu postanowiłem, że udostępnię powieść chociaż najbliższym. A w przypływie czarnego humoru dokonałem w niej drobnej modyfikacji.
Na setnej stronie, nie wydzielając nowego akapitu, nie zmieniając czcionki, wkleiłem w tekst następujące zdania: „Jestem załamany tym, że nikt nie przeczytał mojej powieści, że z nikim nie mogę współdzielić stworzonego przeze mnie świata. Nie mogę tak dłużej żyć. Zaczekam jeszcze sto dni, licząc od wręczenia tej książki moim bliskim, potem, w południe setnego dnia zamierzam się zabić, jeśli nikt nie dotrze do tego miejsca. Jeśli jesteś już na setnej stronie, to wiedz, że właśnie Ty (i może tylko Ty) możesz mnie ocalić. Daj mi znać, że udało Ci się przeczytać choć tyle. Mam nadzieję, że mnie uratujesz”.
To miał być żart. Mało śmieszy, ale w tamtych chwilach wydawał mi się nawet zabawny. Tylko, że nie zakładałem, że nikt, absolutnie nikt…
A może jednak ktoś mnie uratuje? Zostało jeszcze kilka chwil do dwunastej. Może ktoś…
Z drugiej strony możliwe, że to jedyny sposób, żeby się przebić. Może tylko tak da się zaistnieć w dzisiejszych czasach. Przecież ukazuje się tyle nowych książek. Często słabych, bardzo słabych, bardziej niż gównianych. A jednak się pojawiają jak koślawe grzyby po deszczu i nawet ktoś je kupuje, bo mają dobrą promocję. A śmierć jest najlepszą z reklam. Najwyraźniej to niekiedy jedyny sposób, by zwrócić uwagę tłumu na swoją twórczość. Jak ta malarka, która rozłożyła na ziemi białe płótno, a potem skoczyła na nie z dachu kilkupiętrowego budynku, malując rozbryzgami krwi i mózgu ostatni swój obraz. Czy poza tym stworzyła coś ciekawego? Czy bez tego samobójstwa ktokolwiek by o niej usłyszał? Czy ktokolwiek by ją pamiętał?
Może więc właśnie tędy droga… A może ktoś jednak mnie uratuje…
Zakładałem, że to będzie żart, ale równocześnie słowo się rzekło. W dzisiejszych czasach brakuje miłośników literatury. Brakuje też ludzi honoru. Dobrze jest myśleć o sobie jako o jednym i drugim. Z tego myślenia jednak wynikają konkretne konsekwencje. Człowiek honoru nie rzuca słów na wiatr. A słowo się rzekło. Słowo się rzekło i do południa coraz bliżej.
Wszystkim bliskim mówiłem, że to dla mnie bardzo ważne. Prosiłem, żeby chociaż zajrzeli, żeby powiedzieli, co myślą. Że nie musi im się podobać, a krytyczne uwagi też są bardzo cenne. Potem już nie wracałem do sprawy, bo jednak mam swoją dumę. Do swojego świata można kogoś zaprosić, można nawet i poprosić, ale żebrać już nie wypada. A Wy? Wy kazalibyście autorowi żebrać? Gdyby ktoś z waszych najbliższych napisał książkę, nie przeczytalibyście chociaż kilku stron? Choćby po to, żeby się potem serdecznie pośmiać z grafomana na rodzinnych obiadkach? A mi choć tyle by wystarczyło. Chociaż jeden obiadek, podczas którego zamiast klusek przełykałbym szyderstwa. Wszystko byłoby lepsze od tej świadomości, że zupełnie, zupełnie nikt…
– Twoja powieść, tato?! – zainteresował się syn. – To cudownie! Wspaniale! Jeszcze dziś zacznę.
I nawet zaczął, ale dostał też nową grę, z którą nie miałem szans. Nie wiem, czy jeszcze w nią łupie, czy ma już jakąś inną, ale sprawa mojej powieści jakoś gdzieś pomiędzy popadła w zapomnienie.
– No nareszcie! – skwitowała moja była żona, z którą pozostaję w dobrych stosunkach, bo przecież jestem wystarczająco nijaki i potulny, żeby przełknąć porzucenie i udawać, że prawie nic się nie stało. – Tyle o niej mówiłeś. Czy tam będzie coś o mnie?
Zaprzeczyłem i to był błąd, bo najwyraźniej na literackiej wersji siebie samej kończyło się jej zainteresowanie.
– Nareszcie będziesz sławny! – prorokowała moja matka. – Wierzę w ciebie! Zawsze wierzyłam!
Ale nie wystarczyło jej wiary do dotarcia poza stronę tytułową.
– Wiesz, stary, to nie dla mnie – powiedziała najbliższa przyjaciółka. – Jak stworzysz jakiś kryminał, to chętnie… ale to… no oczywiście zobaczę, zobaczę…
I chyba nie zobaczyła. W każdym razie nie przez ostatnie trzy miesiące.
– Pierwsza scena jest świetna! – obwieścił kumpel z dzieciństwa. – Nie mogę się doczekać, co będzie dalej.
I tak się zaczytał, że jakoś zapomniał się do mnie ponownie odezwać.
I tak dalej, i tak dalej… Krótko mówiąc oddałem im moją jedyną cenną rzecz, a każdy z nich miał ją w dupie.
Ale może się mylę? Może jednak ktoś mnie uratuje? Przecież wiedzą, że mam czarne poczucie humoru. Pewnie chcą mnie za nie ukarać. Pewnie czekają do ostatniej minuty, żeby zadzwonić. Do ostatniej sekundy… Ale nie… Zagadałem się z Wami. Już dwie po dwunastej. Czas na mnie.
Epilog
Autor, jak przystało na osobę honorową, popełnił samobójstwo.
Jego bliscy popłakali nad grobem, powspominali go jako miłego człowieka. Ktoś nawet, przemawiając nad trumną, nazwał go początkującym pisarzem. Potem coraz rzadziej o nim rozmawiali. Niektórzy raz czy drugi pomyśleli, że skoro zostawił po sobie powieść, to dobrze by było ją przeczytać. Ktoś nawet zaczął, ale zanim dotarł do setnej strony, akurat trafił na nowy świetny serial, którego oglądanie nie mogło czekać. A książka mogła.
Ostatecznie nikt jej nigdy nie przeczytał.

Zawsze mnie rozśmieszałeś, a to jest najsmutniejsze co czytałam.
Dario, w kolejnym tekście postaram się znów Cię rozśmieszyć.
Będąc na 100 stronie zastanawiałam się o co chodzi.
Poruszające to bardzo, mam nadzieję że spotkasz na swej drodze ludzi, którzy zawsze będą czytać to co napisałeś. Niezależnie od tego czy by się pośmiać, czy by zadawać konstruktywne pytania.
Ogólnie bardzo lubię Twój styl pisania.
Diano, chyba jesteś pierwszą osobą, która przywędrowała tu „z powieści”, a nie odwrotnie. Cieszę się, że podobają Ci się moje teksty. I ja życzę, byś zawsze miała w życiu kogoś do pośmiania i do zadawania konstruktywnych pytań;)
100 stron weszło jak masełko w trakcie dzisiejszej przerwy spowodowanej pogodą w trakcie motocyklowego wypadu do Rumunii. Bardzo fajnie się czyta i historia wciąga 🙂 Nie wiedziałem o co chodzi z tą 100 stroną i tak trafiłem tutaj. Życzę dużo uśmiechu w życiu i czekam na kolejny tom, a tymczasem wracam do czytania.
Dziękuję za ten entuzjastyczny komentarz i życzę by kolejne strony wchodziły równie gładko (jak motocykl w zakręty ;)).
ja dla odmiany nie miałem czasu tutaj wejść bo jednak stwierdziłem że najpierw muszę doczytać książkę do końca:-)
dziwny jestem.
Facebooka nie mam.
książki lubię…
słucham smutnej muzyki (Cave przy niej jest jak Rezn na bezbiżuteryjnej paradzie lewicy)
ale spokojnie, też Cie nie pokocham dopóki nie upewnię się że nie wpadniesz w depresję jak Patrick Rothfuss..
ale mimo wszystko pozdrawiam ciepło:-);-)
świetna robota!
Depresja na razie mi nie grozi, ból egzystencjalny również nie, co najwyżej ból pleców po ostatnich koncertach Cave’a 😉 Na Twą miłość mogę więc jeszcze poczekać łykając ibuprom – może kolejny Tom Cię pokona ostatecznie XD
(PS Też bym chciał nie mieć Facebooka ;))
Jestem na setnej stronie, która przywiodła mnie tutaj. Opowiadanie poruszające, ale nie jak Pana powieść. Książka jest na razie wspaniała. Jeśli pozostałe strony będą tak dobre, jak pierwsza setka, to to będzie moja najlepsza lektura ostatnich lat.
I jak? Reszta powieści się obroniła? 😉
Bardziej niż obroniła. Im dalej, tym było jeszcze i jeszcze lepiej. Jestem zachwycona i czekam na drugi tom.
Pan tu nie leżał! Proszę natychmiast opuścić ten grób… Halo! Puk, puk! Będę tak długo opukiwał trumnę, aż Pan otworzy.
Tu się nie śpi, tu się czyta. To nie jest kwestia wyboru. Panie kochany, niech pan wstanie, bo mam dla Pana opowiadanie…
Jezusmariajózefieświęty nawet w grobie człowiek się nie może wyspać. Panie, weź Pan po tych trumnach tak nie pukaj, bo obudzisz jakiegoś wampira. [zgrzyt unoszonego wieka w tle] WIDZISZ PAN???? Teraz w drugim tomie będzie trzeba umieścić krwiopijcę. A to wszystko TWOJA WINA, panie kochany!
Ja Autora kocham! Dziękuję za cudowną przygodę z „Kwestią…”. Nareszcie coś w moim guście – kunszt literacki, baśniowa historia z duszą i brak klimatu horroru 🙂
Stawiam na półce obok kolekcji Pratchetta i dokupuję kolejne części ❤️
Jak obok Pratchetta, to trzeba uważać, czy Kufer nie przelezie i nie wyżre mi bohaterów albo nie pogryzie się z cieniem 😉
Dziękuję za ciepłe słowa i zapraszam do dalszej przygody – może przemknie się w niej cień Samuela Vimesa;)
Bez obaw – obok figurki Babci Weatherwax się nie prześlizgnie 😉 W każdym razie nie bez szwanku. Pokochałam postać cienia, jak i kocham wierny bagaż. Przy czym cień wydaje się bardziej uczuciowy i szlachetny, bo kufer to jednak taki prosty awanturnik z baru pod załatanym bębnem😄 Jak mi jeszcze szanowny Autor cień Vimesa dorzuci, to w ogóle się rozpłynę.
Chyba jest Pani pierwszą osobą, która dostrzegła w cieniu szlachetność – w założeniu to też miał być trochę awanturnik (już nie powiem „co odgryzło zabitemu pół twarzy” na elfiej wycieczce;)). Mogę obiecać w kolejnych tomach jeszcze trochę cienia i jeszcze jakiś bar w rodzaju tych bardziej speluniarskich (choć do Załatanego Bębna żaden nie doskoczy) oraz (może w dalszej przyszłości) mocno zarysowany cień Vimesa;) Zatem do spotkania w moim świecie.
Książka mnie wciągnęła od samego początku. Gdyby tak nie było, wiadomość z 100 strony nie zaintrygowałaby mnie na tyle, żeby sprawdzić o co chodzi i przeczytać cały powyższy tekst. Sama czasem tworzę i wiem jaki to jest intymny proces, a kiedy już decyduje się na to, żeby podzielić się ze światem tym fragmentem siebie, bardzo ważna jest informacja zwrotna. Dlatego, mimo że rzadko piszę komentarze, nie odpowiadam nawet często na wiadomości od znajomych, postanowiłam, że dam znać, że czytam i się zachwycam.
Dziękuję:) To jest jedna z tych wiadomości, które sprawiają, że pisarz resztę dnia spędza z uśmiechem. Czyta Pani, zachwyca się i jeszcze przełamuje Pani swoją niechęć do pisania komentarzy, żeby się ze mną podzielić wrażeniem! To bardzo cenne.
Życzę dalszych emocjonujących chwil z Tegromem, Adionem i całą resztą drużyny. I oczywiście satysfakcji z własnych zmagań literackich;)
Panie Doktorze, gdybym Pana nie znała, to bym się nabrała, że to o Panu:) Bardzo przewrotne – podziwiam.
A cały rok literaturoznawstwa nie uchronił przed takim nabraniem się? Co za porażka dydaktyczna! XD