Nigdy nie rozumiałem rozmów o pogodzie.

Oczywiście, kiedy jedziecie z kimś obcym pociągiem albo czekacie w jakiejś kolejce, to ma to sens. Ale kiedy nie wybieracie się z kimś jutro na grzyby albo na narty, po co rozważać nadejście śniegu czy deszczu? Niestety moi bliscy – zarówno rodzina, jak i część przyjaciół – ma jakąś pogodową obsesję. Tyle jest tematów do rozmowy, ale nie… dzwoni do mnie ktoś z drugiego końca Polski/Niemiec/Włoch/(wstaw dowolne) i w trzecim zdaniu pyta? „A jaka tam u was pogoda?” A mnie zaraz coś strzela. „A CO? CHCESZ PRZYJECHAĆ???!!!” „Nie, nie, tak tylko mnie ciekawi, słońce macie?”. Zazwyczaj wtedy oddaję słuchawkę mojej domowej pogodynce (Tak! W domu też panuje ta zaraza.), niech sobie rozważają deszcze niespokojne.

Ale wczorajszy telefon mnie już powalił.

– Kończę twoją powieść. Wspaniała! Tylko wiesz co? Właściwie nic nie piszesz o pogodzie, czy w drugim tomie będzie chociaż jakiś deszcz?

Dodaj komentarz