Dlaczego self-publishing?
To jedno z pytań, które słyszę najczęściej (często w postaci „Dlaczego zmarnowałeś swoją powieść?”).
No to odpowiem – nie są to w żadnym razie porady „Co wybrać?: za i przeciw”, tylko moje własne odczucia i wrażenia.
Nie planowałem self-publishingu, ale jakoś tak samo wyszło.
Początkowo próbowałem znaleźć dla „Kwestii wyboru” wydawnictwo, ale też nie miałem wielkich złudzeń, bo moje dotychczasowe kontakty z wydawcami sprawiły, że nie miałem o nich najlepszego zdania. Wcześniej opublikowałem już kilka książek naukowych jako autor albo redaktor i zazwyczaj po drugiej stronie procesu wydawniczego znajdował się podmiot, który nagminnie unikał kontaktu, a jak już odpowiadał na maile, to z kilkutygodniowym opóźnieniem i po kilku ponagleniach, podmiot, który musiał być pilnowany na każdym kroku, bo jeśli nie będzie, to tylko uda, że zrobił redakcję, zapomni o korekcie, pomyli pliki do składu, zgubi jakiś rozdział, zrobi błąd na okładce, i tak dalej – doświadczyłem tego wszystkiego i jeszcze wielu innych nieprzyjemności (oczywiście bywają chwalebne wyjątki, jak Libron – współpracę z nimi wspominam bardzo dobrze). Ogólnie zraziłem się do wydawców, ale podkreślam, że to są moje osobiste doświadczenia, może po prostu źle trafiałem.
Z drugiej strony duży wydawca daje większą szansę na popularność i na zawojowanie rynku, więc pomyślałem, że warto spróbować. I tak zmarnowałem kilka lat;)
Pierwsze wydawnictwo zachwyciło się już pierwszym rozdziałem, który dostał się do nich przez znajomego znajomej. Dostałem jasny sygnał, że jeśli poziom powieści się utrzyma, wezmą całość. Oczywiście było to na razie takie tylko gadanie, bo wiedziałem, że dopóki nie podpiszę umowy, to łaska pańska może na pstrym koniu pogalopować w siną dal. Ale miałem już jakiś komfort psychiczny – pisanie z perspektywą potencjalnego wydawcy i zewnętrzne potwierdzenie, że płodzę coś prawdopodobnie atrakcyjnego. Z czasem jednak doszło mnie kilka informacji od publikujących w tym wydawnictwie autorów, że oficyna nie wywiązuje się ze zobowiązań finansowych, że zmienia treść książek przed drukiem nie informując autorów itp. Prewencyjnie zrezygnowałem więc z tej planowanej współpracy. Nazwy wydawnictwa nie podaję, bo nie chcę powielać plotek, których sam nie sprawdziłem na własnej skórze. Dalej już z autopsji, więc z nazwami.
Kolejny był Papierowy Księżyc, do którego sam wysłałem powieść. Nie otrzymałem żadnej informacji poza standardową regułką w stylu „dziękujemy, może się odezwiemy, a może nie”. O tym, że wysłali książkę do recenzji dowiedziałem się dopiero od ich redaktora inicjującego, który odezwał się do mnie z pytaniem, czy wiem, co się dzieje, bo jest książką zachwycony, napisał świetną recenzję, a wydawnictwo (przypominam: samo zleciło mu tę recenzję) nie odpowiada na jego maile. Podjęliśmy wspólne próby kontaktu – nic. Telefony głuche, na maile nikt nie odpowiada. Wyglądało, jakby się zlikwidowali w ekspresowym tempie, ale teraz widzę, że znów coś wydają, więc nie mam pojęcia, o co chodziło.
W międzyczasie próbowałem się skontaktować z kilkoma wydawcami fantastyki, ale prawie nikt nie odpowiedział na moje maile ani na powtórne wiadomości. Żeby być precyzyjnym: od jednego podmiotu dostałem wyraźną odmowę, że nie przyjmują na razie nowości, ale już nie pamiętam kto to był. [W tym czasie też znalazłem w skrzynce mail od innego wydawcy, który odpisał mi z informacją, że chętnie podejmie współpracę, tyle że było to PO DWÓCH LATACH od wysłania innej propozycji i dotyczyło książki, która już dawno była wydana XD]. Od większości wydawców fantastyki nie dostałem nawet autorespondera. Jestem przekonany, że nikt nawet nie zajrzał do tekstu powieści.
Potem pojawiło się na horyzoncie wydawnictwo Uroboros (Grupa Foksal), z którym skontaktował mnie wspomniany wcześniej redaktor (miał znajomości, był poruszony powieścią, chciał, żeby ktoś duży to wydał). Ich redaktor inicjująca po lekturze – zachwycona. Mnóstwo entuzjastycznych maili – już, zaraz, natychmiast wydajemy. TRACH: przyszła pandemia. I tak MINĘŁY DWA LATA na korespondencji „prosimy o cierpliwość”, „trudna sytuacja”, „jesteśmy BARDZO zainteresowani, ale…”. To był czas covidu, więc sytuacja zrozumiała, tym bardziej, że wszyscy – w tym i ja – mieli na głowie inne rzeczy niż wydawanie książek. Zaniepokoiłem się jednak i już trochę zirytowałem, gdy sytuacja pandemiczna się uspokoiła, a pani redaktor przez kilka miesięcy nie odpowiadała na maile wysyłane, by skontrolować sytuację (wcześniej miesiąc oczekiwania na jakąkolwiek odpowiedź z jej strony to była norma). Dowiedziałem się z innego źródła, że rzuciła pracę w Uroborosie i ma plany założenia własnego wydawnictwa. A ja zostałem na lodzie. Bez kontaktu, bo miałem tylko jej mail służbowy, którego najwyraźniej nikt w wydawnictwie nie przejął, by kontynuować korespondencję. Podjąłem próby kontaktu z wydawnictwem innymi kanałami – nic. Zamek Kafki. Przypomnę, że nie byłem autorem „z ulicy”, tylko gościem, z którym przedstawicielka wydawnictwa „podpisywała umowę” przez dwa lata. Nikt nie odpowiedział na żaden z moich maili. Kontakt telefoniczny nie jest u nich praktykowany (najwyżej na zasadzie „zostaw numer w formularzu – oddzwonimy” i nie oddzwaniają).
Zgłosiło się jeszcze do mnie wydawnictwo Novae Res. Inny gatunek od poprzednich, bo to autor płaci im za wydanie, a nie odwrotnie. Nie oceniam współpracy z takimi podmiotami, ale to raczej dla osób, które jeszcze niczego nie wydawały i potrzebują kogoś, kto zrobi im redakcję, skład, itp. A ja przecież wcześniej przeprowadziłem przez proces wydawniczy kilka książek, miałem zaufanych ludzi, którym mogłem powierzyć tego typu prace, myślałem już o założeniu własnego wydawnictwa i nie byłem specjalnie zainteresowany współpracą, w której ja płacę komuś za wydanie własnej powieści, a nie ktoś mi. Lecz pokorespondowałem z ciekawości.
Osoba korespondująca ze mną z tego wydawnictwa proponowała mi wydanie książki w cenie dwukrotnie wyższej od tego, ile kosztowało to „normalnie” w tamtym czasie. Poza tym ja niby miałem pokryć połowę kosztów, a oni drugą (bo „wierzą w moją powieść” ;)). I powtarzam: już ta „moja połowa” to było dwukrotnie więcej niż normalny koszt wydania książki. Wiadomo, że poza kosztami stałymi cena wydania zależy głównie od nakładu. Wydawnictwo nie chciało mi podać nakładu początkowego („to się zobaczy”), nie było też w stanie zakreślić choćby w przybliżeniu kampanii promocyjnej i środków dystrybucji. To moja ocena subiektywna, ale jak mam zapłacić z góry za coś, czego kontrahent nie potrafi/nie chce nawet dokładnie określić, to mi wygląda na zwykłe naciąganie frajerów. Podziękowałem.
Stwierdziłem, że mam dość, usiadłem z kartką, zrobiłem tabelkę „za” self-publishingiem i „przeciw”.
Chciałem wydawcy z kilku powodów:
– żeby się samemu z tym nie pierniczyć,
– żeby dotrzeć do większego kręgu odbiorców, niż byłbym w stanie sam,
– i koniec listy:)
Nie chciałem wydawcy z kilku powodów:
– żeby mi się nie wpierniczał w tekst (niestety też mam za sobą wycofywanie opowiadań z powodu „pan wykreśli to zdanie”),
– żeby mi się nie wpierniczał w okładkę (choć pewnie wielu z Was wolałoby, żeby się wpierniczył XD),
– żeby mi się nie wpierniczał w życie (tu jedziesz na targi, a tu na konwent, a tu masz spotkanie…, a inne s*anie…),
– żeby mi się w ogóle w nic nie wpieprzał, żebym w ogóle nie musiał być od kogoś zależny.
Nigdy specjalnie nie kierowały mną względy finansowe, więc jeśli dla kogoś są one istotne to: wydawca, który Ci zapłaci za książkę, prawdopodobnie zapłaci niewiele (zwłaszcza debiutantowi), ale też weźmie na siebie całe ryzyko wydania – przygarnie większość zysków szczęśliwego sukcesu, ale też wszystkie koszty ewentualnej klapy. Ty masz przysłowiowego wróbla w garści i jakiś komfort psychiczny. Jeśli wydaje się powieść samodzielnie, to trzeba ponieść pewne koszty i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie ryzyko finansowe jest się w stanie ponieść (z mojej perspektywy było ono niewielkie, więc tym bardziej ta kwestia nie grała roli). Zarobek natomiast może być żaden, ale przy choćby umiarkowanym sukcesie – jak w przypadku mojej powieści – jest to znacznie więcej, niż oferuje tradycyjny wydawca.
Podsumowując: miałem doświadczenie, ekipę, pieniądze i przede wszystkim serdecznie dość całowania wirtualnych klamek w wydawnictwach albo marnowania kolejnych lat na jałowej korespondencji. Dlatego wydałem sam.
Czy żałuję?
Nie. Wiedziałem, że napisałem dobrą powieść, a potem uzyskałem pewność, że została też dobrze wydana. Czasami jestem zmęczony. Nie mam pojęcia o marketingu. Jestem zajęty na wielu innych frontach i często zwyczajnie brakuje mi czasu i sił, by zabiegać o kolejnych czytelników, więc ich krąg ciągle nie jest duży. Ale za to jaki zajebisty;)
Bo odzew na powieść, jej popularność i to, jak mój wymyślony świat wędruje do kolejnych czytelników pocztą pantoflową, było bardzo pozytywnym zaskoczeniem. I wciąż mnie zadziwia to, że nie tylko czytacie, ale też chcecie się tym czytaniem i przeżyciami dzielić z innymi (a także ze mną – po raz nie wiem już który dziękuję za wszystkie wiadomości z recenzjami i wrażeniami).
A poza tym nawet jak mam kiepski dzień, to wypisanie przed południem kilku dedykacji zaraz poprawia humor aż do wieczora. Najlepsza terapia;)


Honor, niezależność, niezłomność, ale książka zmarnowana.
Nie taka znowu zmarnowana 😛
Lepiej zmarnować książkę niż życie sprzedając siebie. I nie wiem czy zmarnowana, dużo osób czyta.
Bardzo dobrze, że to wydałeś. Dziękuję.
Do usług;)
Myślę, że ci, którzy odmówili albo nie odpowiedzieli powinni teraz się walnąć w łeb. Zmarnować okazję na taki bestseller, to musi boleć.