Rezn odpiął pas, usiadł w fotelu i rozciągnął starą rozdartą saszetkę biodrową na stoliku. Przyłożył do niej nową i stwierdził z zadowoleniem, że rozmiar był idealny. W dodatku nowa torba z grubszego materiału i ze wzmocnionymi szwami lepiej zabezpieczy jego cały dobytek. Uśmiechnął się pod nosem wysypując kosztowności. Majątek oczywiście najlepiej ochroni on sam, ale mocniejsza sakwa… urwał rozmyślania, gdy perły z cichym grzechotem rozsypały się po blacie. Nakrył je dłońmi zanim zdążyły potoczyć się dalej.
– Zabójczy refleks, trytonie – dobiegł go głos Virsan.
Rezn wzdrygnął się. Cholerne elfy zawsze musiały się skradać. Uniósł głowę nie kryjąc grymasu irytacji. Elfka stała za daleko, żeby ściąć mu durny głuchy łeb, ale i tak dał się podejść. Podeszła bliżej, usiadła naprzeciwko.
– Ile to jest warte? – zapytała, ruchem podbródka wskazując całkiem spory stosik.
– To? – słabo wyznawał się w kobiecych nastrojach, ale odniósł wrażenie, że jest wzburzona. – Dokładnie to nie wiem…
– Ile żon byś kupił za te świecidełka?
Rezn przesypał perły z ręki do ręki, żeby zyskać na czasie. Zadawała dziwne, zupełnie niepasujące do niej pytania. W tembrze jej głosu, w spojrzeniu wyczuł rodzące się wyzwanie. Jakby wcześniej ją obraził, a teraz przyszła wyrównać rachunki, ale nie wydawało mu się, żeby coś…
– No ile? – ponagliła. – Pięć?
– Oj, pięć bez kłopotu – żachnął się. – Nawet z dobrych rodzin. I jeszcze by zostało.
– A kochance ile byś dał? – Nachyliła się nad stolikiem z niepokojącym błyskiem w oczach, ale Rezn nie zmuszał się, żeby patrzeć jej w twarz, skoro dekolt koszuli się tak rozkosznie rozchylił.
– Co to za pytania – burknął. – Kochance? Jak byłaby ładna… – Oderwał wzrok od jej piersi i położył na stole dwie skromniejsze perły. – Może tyle. Ale to dlatego, że jestem hojny.
Roześmiała się bez wesołości, a on odruchowo spiął się cały, jakby miał zaraz wyskoczyć z fotela. Jak przed spodziewanym atakiem. Nie rozumiał co się dzieje, ale widział, że i ona wygląda jak przyczajona pantera.
– A ja? Ile ja jestem warta?
Zagapił się na nią przez chwilę, a potem spróbował przerwać tę dziwną rozmowę:
– Nie rozumiem cię…
– Mówiłeś, że jestem warta każdych pieniędzy. No więc?! Ile to jest?
Jej pełne usta teraz zaciskały się w jedną kreskę, oczy agresywnie zwęziły i była tak piękna w tej wojowniczej postawie, że Rezn najchętniej rzuciłby się w godową walkę. Ale już raz zrobił ten błąd i nie zamierzał go powtarzać.
– Nie jesteś trytonią panną – znów spróbował uniku. – Nie umiem cię wycenić, więc dałbym, ile byś chciała.
– Chcę wszystko! – wycedziła przez zęby.
– Wszystko? – Tryton zdębiał. To był majątek, który zbierał przez całe życie. Żadna kobieta nie była tyle warta. Ale… Ale może to był właśnie jeden z tych momentów, kiedy ocean życia podsuwał mu wielką falę, na której mógł popłynąć albo nie. A Rezn zawsze pływał na tych największych.
– Chcę wszystko! – powtórzyła Virsan. I nagle zaczęła szybko z siebie wyrzucać: Mam dość mężczyzn, którzy mnie tylko szanują! Mam dość nie bycia w czyimś typie! Mam dość tych, co patrzą się tylko z zachwytem! Chcę mężczyzny, który dla mnie spłonie z namiętności! Który da mi wszystko!
– Więc weź wszystko! – Rezn pchnął kosztowności po blacie. – Bierz!
Kilka szlachetnych kamieni spadło na kolana elfki, lecz ona nie zwróciła na nie uwagi. Jednym ruchem przewróciła dzielący ich stolik. Złote monety i perły rozprysły się po podłodze we wszystkie strony. Nikt na to nie patrzył. Rezn zerwał się z fotela i chwycił Virsan za włosy.
Prima aprilis. To oczywiście nigdy się nie wydarzyło, ani nie miało wydarzyć. Nie wierzę, że właśnie coś takiego napisałem. Ja nie mogę. Będę teraz musiał iść na roczną terapię, albo coś…

Jesteś złem wcielonym!
Czasami jestem:)))
Autorze drogi, szanuję cię i wielbię twoją twórczość, ale za ten kawałek powinieneś trafić do piekła.
Eeeee tam. Mam już dawno zarezerwowany kocioł z widokiem na budę Cerbera.