Najnowsza recenzja mojej powieści:

„Generalnie nie jestem wielkim fanem nadużywania cytatów filmowych (oczywiście używać można, ale jeśli ktoś „jedzie” cały czas powtarzając swoją ulubioną kwestię z konkretnego filmu robi się to po prostu potwornie nużące). Chyba właśnie z góry staram sam siebie przed Wami wytłumaczyć, bowiem pragnę na wstępie nawiązać do wychodzącego nieraz już uszami legendarnego cytatu z „Forresta Gumpa” o tym, iż życie jest jak pudełko czekoladek. Jednak pozwolę sobie uzasadnić to tym, że dla mnie takim właśnie pudełkiem z literackimi czekoladkami są książkowe debiuty. Naprawdę uwielbiam recenzować te pierwsze w karierze pisarskiej książki, a jeśli jest to debiut polski, to cieszę się na niego w dwójnasób.

Staram się zawsze patrzeć wyrozumialej, podziwiając odwagę i determinację do chęci pokazania swojej twórczości i nie wypominać z dokładnością pewnych błędów, może jedynie je lekko sugerować, bo od debiutantów nie oczekuję mistrzostwa tylko właśnie ciekawego pomysłu, braku zbytniego zadufania w sobie (a wierzcie mi, że w książce łatwo je odnaleźć, tak jak np. u części starszych mistrzów pióra tak zwane „odwalanie chałtury” z różnych powodów, ot choćby wypełnienie kontraktu z wydawnictwem z którym się pożarło już mocno (tak, tak piję do pewnej bardzo znanej postaci polskiej literatury fantastycznej) a także szukam uważnie tej tajemniczej iskry, która sprawia, że mogę być przekonany, że to początek długiej, fajnej drogi.

Autora książki o której dziś pragnę Wam opowiedzieć pragnę przeprosić za ten dość długi wywód będący dość rozbudowaną postacią wyłożenia moich zasad recenzenckich, lecz niestety kiedyś musiało na któreś z Was trafić. W ramach rekompensaty, zanim dotrzemy do clou moich opinii mogę z serca, w pełni uczciwie powiedzieć, że uważam, iż MarMax Borowski ma tyle dużo owej Bożej iskry oraz talentu, że nie musiałem wcale zakładać różowych, recenzenckich okularów, by móc to stwierdzić, a jego debiut zatytułowany „Kwestia wyboru, wybrani” wydany przez wydawnictwo SmoKot, to kawał fajnej, rozrywkowej literatury. I nie jest żadnym argumentem fakt iż autor jest profesjonalistą zajmującym się językiem polskim na poziomie uniwersyteckim. Zaprawdę powiadam Wam, że, z racji moich historycznych korzeni, widziałem tak wielu akademików którzy bądź to nie potrafili przekazać swojej ogromnej wiedzy studentom, bądź odwrotnie byli świetnymi wykładowcami, mimo skromnego dorobku naukowego, że połączenie wiedzy i przekazu uznaję osobiście za rzadkość.

„Wybrani” to książka potrójnie wręcz ryzykancka, gdyż zarówno jest to debiut, co jak wiadomo na polskim rynku bez wsparcia machiny marketingowej dużego wydawnictwa jest trudne, po drugie jest to debiut w wydawnictwie założonym przez samego autora, wreszcie jest to pierwszy tom dłuższej serii, co w pewnych sytuacjach można uznać wręcz za autorską pychę (czyli kiedy poziom warsztatowy, fabuły etc. wykazuje spore braki). Borowski jednak broni się swoim piórem, tworząc kawał porządnej, rozrywkowej literatury, potrafiący zaciekawić czytelnika na tyle, że nawet doświadczony maruda recenzencki może stwierdzić, że jest ciekaw co dalej. Zanim jednak przejdę do kwestii fabularnych, to zgłoszę swoją najdziwniejszą chyba uwagę w historii recenzowania. Mianowicie „Wybrani” wydrukowani są na tak fajnej jakości papierze, że po raz pierwszy od dawna zwróciłem na uwagę podczas lektury, widać tu debiutanckość w roli wydawcy, bo co prawda dla czytelnika to czysta przyjemność, ale dla kieszeni wydawcy raczej mniejsza.

Książkę czyta się naprawdę świetnie, choć sam zamysł struktury fabuły, w którym poznajemy, dość dokładnie, po kolei dołączających członków ostatecznej ekipy bohaterów, poprzez długie, poświęcone im rozdziały, tak by cały team wspólnie spędził ostatnie kilkadziesiąt stron, też był odważny. Wyszło świetnie, ale autor zdecydował się tu na taktykę „wszystko albo nic”. Wyszło wszystko i mam nadzieję, że jeśli dalej będzie tak ryzykował, to wciąż mu się będzie udawać. Powieść ma, przy wciągającej fabule, naprawdę dobre tempo i nie zanudza czytelnika z jednej, z drugiej nie pędzi do konkluzji jak szalona nie dając spojrzeć na świat ciekawiej.

Co do światotwórstwa to MarMax Borowski poszedł bardzo fajną ścieżką, która uważam, że dla debiutantów jest najlepsza […]. Tworzy on bowiem świat fantasy, w którym daje coś wyjątkowego od siebie, co pozwala na przyszłość zapamiętać i zawsze odróżniać to uniwersum od innych, jednocześnie nie tworząc krzykliwego, udziwnionego patchworka, który co prawda dałby się łatwo zapamiętać, ale raczej nie w sposób, który jakiemukolwiek autorowi by przypadł do gustu. Tymczasem mamy świat będący po tym co już wiemy ciekawy, kryjący wciąż wiele tajemnic, które, jak rozumiem, będziemy poznawać ww. dalszych tomach.

Postaci, zwłaszcza najważniejsza czwórka, czyli Adion, Tegrom, Virsan i Rezn (o i tu mogę mieć malutkie zastrzeżenie, mianowicie każda z osób występujących w książce ma dużo ciekawszą osobowość niż imię) są dobrze i mono pogłębione, mamy czas i miejsce na zapoznanie się z nimi porządne. Nie ma zbytniego psychologizowania (w końcu to książka rozrywkowa a nie fantastyka socjologiczna), jednak na tyle dobrze protagonistów poznajemy, żeby nawiązać z nimi więź powodującą chęć ponownego z nimi spotkania.

Podsumowując, trafiła mi się pralinka nadzienie truskawkowym (a jak ktoś twierdzi, że nie jest to najlepsza czekoladka, to może ze mną stanąć na ubitej ziemi!:)) i teraz pozostaje mi trzymać kciuki za autora, by tak dobre wejście na polski rynek fantastyczny po pierwsze zostało zauważone, po drugie by miało kontynuację przynajmniej trzymającą poziom „Wybranych”. Ja na to na pewno czekam”.

[Piotr Wojnarowicz]

[źródło: https://www.facebook.com/photo/?fbid=841176575693319&set=a.107229509088033]

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Jadzia

    Ktoś w końcu zwrócił uwagę nie tylko na super treść lecz i na papier. Bardzo przyjemnie się tą książkę kartkuje.

Dodaj komentarz