MarMax Borowski

Wezwanie

[Opowiadanie zostało po raz pierwszy opublikowane na portalu czasopisma Nowa Fantastyka w 2019 roku, ale napisałem je znacznie dawniej. Nie pamiętam kiedy, lecz zrobiło się już trochę dziaderskie ;)]

(dla Gabrieli) 

To było wiele lat po tym, gdy po­ja­wi­ło się pierw­sze UFO. Teraz na obiek­ty la­ta­ją­ce obcych prawie nikt nie zwra­ca uwagi, choć do dziś nie wiemy, po co przy­le­cie­li. W każ­dym razie nie muszą już porywać ludzi z łóżek w środ­ku nocy, sami do nich przy­cho­dzi­my. Jak my w hi­sto­rii, którą zamierzam wam opo­wie­dzieć.

 Budynek wcale nie przypominał kosmicznego doku statku-matki, a i tak nie zachęcał do wejścia. Wyglądał jak jeden z wielu nowoczesnych wieżowców, jak stalowo-szklana bryła, której górne piętra ginęły w chmurach. Szklane drzwi prowadziły nie tylko do siedziby obcych, ale i do świata biznesu z najwyższej półki, drogich garniturów, własnych platform latających, biletów klasy VIP; do świata, który nie toleruje intruzów.

Nie pasowaliśmy tam z naszymi wełnianymi czapkami i szalikami domowej roboty. Musieliśmy jednak wejść, bo ona została wezwana. Pocieszałem się, że najwyżej nas wyrzucą, lecz biorąc pod uwagę fakt, że wieżowiec należał do nich, wyrzucenie było opcją nader optymistyczną.

Wezwanie zawieruszyło się gdzieś po drodze, ponieważ instytucja wyposażona w najnowocześniejszą wirtualną technologię, przy rozsyłaniu listów decydujących o życiu i śmierci – choć trudno w to uwierzyć – wciąż korzystała z usług tradycyjnej, zawodnej poczty. Data zjazdu poborowego dla naszego okręgu dawno minęła. Nie podano danych kontaktowych, a na kopercie widniał tylko smutny kleks po rozmazanej pieczątce. Zgłoszenie się w ich najbliższej głównej siedzibie było jedynym rozwiązaniem, które przyszło nam na myśl. Niestawiennictwo na wezwanie zawsze oznaczało śmierć. Nie liczyliśmy szczególnie na to, że dadzą nam szansę wytłumaczenia spóźnienia, że pozwolą zachować życie, lecz alternatywą było czekanie na bezdźwięczny przylot jednego z ich UFO i publiczną egzekucję. I żeby było jasne – to ona tkwiła w gównie po uszy. Ja na własne życzenie dopiero zanurzałem w nim buty.

Drzwi z przyciemnionego szkła rozsunęły się przed nami, nie wydając dźwięku, odsłaniając zapierającą dech w piersiach galerię, obłędnie rozległą przestrzeń każącą niemal zapomnieć o konieczności istnienia ścian i sufitów; bogactwo wyczuwalne w powietrzu i widoczne w każdym centymetrze kwadratowym dywanów.

Tam gdzie czuć nadmiar forsy, pojawia się zaraz jej nieodłączny kompan – biomodyfikacje. Właściwie to chyba – obok obecności UFO – można je uznać za znak naszych czasów. Od kiedy, dzięki pozaziemskim nowinkom, koszty standardowych operacji plastycznych spadły niemal do poziomu cen zabiegów pielęgnacyjnych, prawie każdego stać na poprawienie ust, korektę uszu, nosa czy czego tam jeszcze. Idealny wygląd od dłuższego czasu jest już w zasięgu ręki przeciętnie zasobnego człowieka. Szybko zrodziła się więc nowa moda wśród tych zasobnych nieprzeciętnie. Zaczęło się – jak nietrudno zgadnąć – od gwiazd show-biznesu i różnej maści celebrytów wyznających religię „wyróżnij się albo zgiń”. I zaczęli się wyróżniać.

Następnie fala zabiegów rozlała się na wszystkie środowiska, które nie musiały co miesiąc przeliczać drobniaków w portfelach. Początek był całkiem niewinny, nawet zabawny. Rogi, ogony, elfie uszy, wampirze kły, drobne wzmocnienia mięśni, pamięci, wzroku. A potem puściły hamulce i ruszył wyścig zbrojeń. Dodatkowe kończyny, głowy zwierząt lub wymyślonych stworzeń, pompowanie mięśni, wspomaganie wzrostu, rozrostu, zmian kształtu. Oczywiście nadal istniało wiele ograniczeń, ale medycyna w parze z biotechnologią wciąż i wciąż pokonywały kolejne.

Przed naszymi oczami roztoczył się zatem świat niebywałych przestrzeni i niesamowitych istot. W tym tłumie nie rozpoznalibyśmy kosmity, nawet gdybyśmy przydepnęli mu czułki (może właśnie o to twórcom mody chodziło). Rozumiecie więc, że nie tylko nasze ubrania tu nie pasowały. Na szczęście nie wszyscy zamożni tego świata poddali się owej swoistej epidemii, toteż mieliśmy szansę wtopić się w tłum i dotrzeć na górne piętra. Byle jak najwyżej. Byle jak najbliżej ich siedziby.

Na parterze poszło gładko. Minąłem część handlowo-hotelową krokiem „doskonale wiem, gdzie jestem i dokąd zmierzam”. Zlokalizowałem windy szybkim rzutem oka na plan pomieszczeń, koniecznie bez zatrzymywania się. Nie patrzyłem przez ramię, by sprawdzić, czy ona nadąża za mną. Żadnego zagubienia. Żadnej zdradliwej niepewności, gapienia się na półludzkie istoty. Zdecydowany krok w myśl zasady mówiącej, że jeżeli jesteś dostatecznie pewny siebie, jeśli nie zdradzi cię spłoszone spojrzenie, to w świecie bogaczy nikt się nie zorientuje, że wszedłeś kuchennymi drzwiami. Znoszony płaszcz i wełniany szalik potrafią z wyznacznika zasobności portfela zmienić się w wyraz ekscentryzmu.

Minęliśmy bez przeszkód pierwsze sklepy witające holosprzedawcami, zawieszone w powietrzu kafejki i skrzydlate hostessy nadskakujące milionerom. Dopiero windziarz, pełniący równocześnie rolę ochroniarza, oszacował nas bardziej wnikliwie.

– Dokąd to? – Rozprostował gigantyczne ramiona, a jego szyja wydała klasyczne chrupnięcie. Olbrzym spojrzał na mnie z góry, co akurat nie było trudne. Metaliczny błysk oczu zdradzał średniej jakości implant nagrywający. Pracując w tym miejscu, mógłby sobie pozwolić na lepszy, ale zapewne wszystko wydawał na biomodyfikacje. Takich balonów mięśni nie można było osiągnąć nawet przez szprycowanie końskimi dawkami sterydów, zresztą sterydy dawno wyszły z mody.

– Po pierwsze, „dzień dobry”. – Zmierzyłem go wzrokiem, kwitując spokojem zaczepny ton. To, że musiałem zadrzeć głowę, nie speszyło mnie ani nie pozbawiło krztyny pozorowanej godności. Gdy przełączę się na odpowiedni tryb, to umiem działać ludziom na nerwy samym tylko spojrzeniem. Byłem milionem euroimpulsów opakowanym w ekscentryczny płaszcz, lustrującym z pogardą przerośniętego sługusa. – Po drugie, czterdzieste piętro. Jeśli boli cię palec, idź na zwolnienie.

Nie mogłem widzieć wyrazu jego twarzy, bo wszedłem do windy i w połowie zdania odwróciłem się twarzą do drzwi. Ona stanęła tuż przy mnie. Spodziewałem się uścisku mięsistej łapy na karku, fachowego chwytu za ramiona lub rozkazu opuszczenia budynku. Drzwi windy zasunęły się jednak, a wesołe plumknięcia zaczęły sygnalizować kolejne piętra. „Plum-plum” – szóste, „plum-plum” – jedenaste. Windą można było wjechać tylko na czterdzieste, czyli ostatnie dostępne dla osób niezwiązanych służbowo z nimi. Do szczytu budynku i statku-matki – naszego celu – było jeszcze daleko. Na dwudziestym piętrze kobiecy głos poinformował, że na kolejne poziomy mają wstęp tylko osoby podłączone do sieci. Za chwilę mieliśmy znaleźć się w strefie, gdzie realna rzeczywistość miesza się z wirtualną. Wkroczyć do wymarzonego świata nieskończonych możliwości, niewyobrażalnie drogiego i dostępnego tylko dla wybranych.

Sama rzeczywistość wirtualna nie jest droga, można w niej spędzić nawet całe życie, o ile komuś nie przeszkadza robienie przerw na zaspokajanie potrzeb fizjologicznych albo robienie pod siebie. Jednak zgranie wirtualu z realem – teraz idealne dzięki ich technologii – to dopiero coś. Wiedzieliśmy, że po wyjściu z windy nie będziemy w stanie odróżnić tego, co jest materialne, od tego, co stanowi wytwór komputera. Nie będziemy wiedzieli, co jest biomodyfikacją, a co nakładką sieciową. Sami będziemy wyglądali jak stworzone na nasz użytek awatary. Pełna symbioza wirtualu z realem. Niektórzy ponoć mieszkali stale w takich strefach i zapominali jak wyglądają naprawdę (choć słowo „naprawdę” pewnie zmieniło już dla nich znaczenie).

Nie chodzi tu o klasyczny świat internetowy, w którym można wirtualnie spotkać się ze wspólnikami, wygłaszać referaty na konferencjach, walczyć ze smokami albo wirować w walcu na sali balowej, podczas gdy ciało pozostaje w domu pod okiem robotów pielęgnujących lub rodziny. Wchodziliśmy do strefy, gdzie mieliśmy poruszać się rzeczywiście, ale z wirtualnymi nakładkami na zmysły. Można w takim miejscu pójść do restauracji i zamówić danie o dowolnym wyglądzie i smaku, lecz zawierające tak naprawdę listę składników odżywczych, przepisanych przez lekarza. Warzywa idealnie udające kotlet? Żaden problem. Natka pietruszki o zapachu i smaku najprawdziwszej czekolady – proszę bardzo. Wystarczy tylko odpowiednio oszukać mózg i wydaje nam się, że jemy jedno, podczas gdy w żołądku ląduje drugie (mimo to trzeba uważać, bo wirtualna czekolada z niewyjaśnionych przyczyn też potrafi pójść w biodra). W tym świecie kiedy tańczysz walca, to dostajesz zadyszki (fakt – nie wszystkich to cieszy), a kiedy idziesz się odlać, to oddajesz mocz do fantazyjnego pisuaru nad wyimaginowaną przepaścią. I może przepaść naprawdę nie istnieje, ale pisuar tak. A to akurat bezdyskusyjnie lepsze niż lanie w pieluchę. Kiedy uprawiasz seks, to masz do tego partnera. Mniejsza z tym czy kogoś żywego, skrytego za awatarem, czy androida, ważne, że fizyczne doznania niczym nie różnią się od realnych, a niektórzy nawet uważają wirtualne za lepsze. W takim miejscu możesz wejść na dowolną górę, na przykład na wirtualny Mont Blanc. Doznać chłodu, poczuć wiatr, śnieg, wysokość i zmianę ciśnienia. Diabli wiedzą, na co się tak naprawdę wspinasz, ale cała wycieczka jest hiperrealna i co najważniejsze – bezpieczna.

Tylko że nasza wycieczka akurat bezpieczna nie była.

Wcześniej byłem zdeterminowany doprowadzić ją tutaj, ochraniać podczas podróży. Koncentrowałem się na przeżyciu. Dopiero teraz dopuściłem do siebie pytanie: co się z nią stanie, jeśli się uda? Czy będzie musiała tu pozostać? Dla wielu to miejsce było spełnieniem marzeń. Ludzie masowo wysyłali do ich wieżowców prośby o zatrudnienie z kilogramami listów motywacyjnych. Sam znałem chyba z kilkadziesiąt osób, które marzyły o pracy w budynku kosmitów. Było to całkiem zrozumiałe, bo kto by nie chciał żyć w świecie, który będzie do niego dostrojony? Który zostanie zaprojektowany wedle życzenia? Z tym że jej położenie było zupełnie inne – ona została wezwana.

A wezwani nie wracali.

Przynajmniej ja nigdy nie spotkałem kogoś, kto by wrócił. Nie słyszałem też o kimś takim. Nie słyszałem też o kimś, kto by chociaż znał kogoś, kto wrócił. Za to o tych, którzy nie wrócili, słyszało się nieraz. Ale ludzie różne rzeczy gadają. Tak czy inaczej otrzymanie wezwania było jedynym sposobem, by się dostać na najwyższe piętra. Oni nigdy nie odpowiadali na listy i prośby, wzywali tylko tych, których uznali za godnych. Ewidentnie wyłuskiwali perły. Sprowadzali najlepszych, lecz kryteria doboru były tajemnicą. Na pewno w grę wchodzili najinteligentniejsi, zapewne i najpiękniejsi. Tylko po co im byli wszyscy wybrani, skoro w tej półrzeczywistości dało się stworzyć wszystko? Może musieli się na czymś wzorować? Najpopularniejsza z plotek głosiła, że obcy są kolekcjonerami, pragnącymi ocalić to, co najlepsze z naszego chylącego się ku upadkowi świata, chroniącymi najbardziej wartościowe okazy w czymś w rodzaju kosmicznego rajskiego rezerwatu. Mnie kojarzyło się to raczej z prywatnym zoo albo słoikami z formaliną, ale znaczna część ludzkości zamieniła wiarę w Niebo po śmierci na niebo w kosmosie. Skojarzenia z rajem podsycano pogłoskami, że na najwyższym piętrze, po wejściu do statku-matki, wkracza się w czysty wirtual. Przenosi się do miejsca, w którym do istnienia nie jest już potrzebne ciało. Między innymi taką bezcielesnością tłumaczono fakt, że – jak do tej pory – nikt nigdy kosmitów nie widział… Zresztą, co wam będę powtarzał plotki. Wracając do naszej historii: my do najwyższego piętra mieliśmy jeszcze bardzo daleko.

Usłyszałem ciche kliknięcie łącza i dźwięk zalogowania do systemu. Drzwi windy wyświetliły jeszcze kilka komunikatów, po czym zmieniły się w taflę szkła. Ludzie lubili patrzeć na siebie tuż po zalogowaniu. Nic w tym dziwnego, skoro każdy mógł wyglądać prawie jak chciał. Prawie, bo system, w przeciwieństwie do czystego wirtualu, miał swoje ograniczenia. Można było sobie dodać pół metra wzrostu czy odjąć pięćdziesiąt kilo, ale kolosalna zmiana rozmiarów (jeszcze) nie wchodziła w grę. Ludzie ocierali się o siebie, dotykali, korytarze i drzwi miały określone wymiary. Przeistoczenie się w smoka czy jakiegoś mastodonta nie było możliwe.

Zerknąłem dyskretnie na odbicie windziarza. Stał za nami olbrzymi, pokryty mchem troll. Jakoś się nie zdziwiłem. Za to on zdziwił się wyraźnie i podejrzliwie łypał na nasze odbicia, bo w świecie, w którym każdy mógł być tym, czym tylko sobie wymarzył, nasze wizerunki nie uległy zmianie. Ja jedynie zapomniałem, że ostatnio logowałem się na wykładzie i nie zmieniłem ustawień. Komputer zwizualizował więc białą koszulę i staromodny, ekscentryczny krawat, sprytnie okrywając całość płaszczem, który teraz miałem na sobie.

Niezupełnie umiem wytłumaczyć, dlaczego w wirtualu wyglądam tak, jak w realu. Jestem całkiem przystojny, ale daleko mi do ideału i znalazłoby się sporo do poprawienia. Nieraz kusiło mnie, by przejść biomodyfikacje (nie jestem szczególnie zamożny, ale dałbym radę odłożyć na to i owo). Zresztą kogo nie kusiło? Nie mówię zaraz o najmodniejszych radykalnych zmianach. Lecz kto z was z czystym sumieniem przyzna, że nie chciałby być choć trochę wyższy albo choć trochę szczuplejszy? Nie chciałby wygładzić tej czy tamtej zmarszczki, podciągnąć kącików ust, wyrównać zębów? Który z was nigdy nie myślał o wydłużeniu penisa? Która oparłaby się pokusie poprawienia piersi? Każdy ma jakieś kompleksy, każdy chce coś w sobie zmienić. A teraz za odpowiednią sumę można było zrobić z ciałem niemal wszystko. Ci, którzy nie mieli pieniędzy lub obawiali się radykalnych ingerencji, mogli realizować się w wirtualu. Czasem tak bardzo kochali swe awatary, że unikali realnego życia i w miarę możliwości pozostawali w sieci (większość z nich miała oczywiście tylko dostęp do zwykłego łącza, a ich ciała fizycznie pozostawały w łóżkach).

Biorąc pod uwagę wszystkie możliwości, uważam, że najoryginalniejszym wyjściem jest… nie robić ze sobą nic. Nie będę wam wciskać, że chodzi mi tylko o oryginalność. W dużym stopniu pewnie i o przekorę. Ale tak do końca to sam nie wiem. Podejrzewam, że niechęć do poprawy wyglądu wiąże się u mnie z nadmierną dumą, a zmiana wizerunku w sieci dodatkowo z lękiem przed okazaniem słabości. Nawet jeśli nie do końca czuję się świetnie sam ze sobą, nie chciałbym, żeby inni o tym wiedzieli. Gdybym zbudował sobie jakiś cudowny awatar, to przy każdym spotkaniu w realu paliłbym się ze wstydu.

Ona miała bardzo zbliżone podejście do tych spraw. Inna rzecz, że właściwie niewiele mogłaby w sobie ulepszyć. Przeniosłem spojrzenie na jej odbicie. Nie wybrała sieciowej nakładki ubioru na tę okazję, ani nie pozostawiła niczego w pamięci. Komputer zatem domyślnie pobrał obraz z kamery i ustawił ubranie, jakie miała na sobie. Niewiele się zmieniła. Znikły niektóre znamiona z twarzy, piersi minimalnie się podniosły. Takie tam duperele. Ktoś, kto nie znał jej tak dobrze jak ja, nawet by się nie zorientował. Była piękna i wiedziała o tym. Nie musiała się ulepszać w sieci, a o biomodyfikacjach w jej przypadku nie było nawet sensu myśleć. Nie oparła się tylko jednej pokusie, będącej wyrazem jej fascynacji literackich – dała sobie zrobić szpiczaste elfie uszy. Wyglądały pięknie i bardzo jej pasowały. Jakoś jednak nie umiałem trzymać na wodzy wrednego charakteru i szydziłem z nich przy każdej okazji, dlatego w mojej obecności zasłaniała je zazwyczaj włosami. A jakie miała włosy! Nie było człowieka, który nie zwróciłby na nie uwagi. Rzucały się w oczy do tego stopnia, że gdyby nie atrakcyjność reszty ciała, stanowiłaby tylko dodatek do warkocza. Ale reszta była równie imponująca. Od ideału dzieliły ją tylko zbyt pełne uda i masywne łydki, które nadawały sylwetce trochę ciężkości. Podobały się za to facetom lubiącym solidniej zbudowane kobiety, zamiast anorektycznych wieszaków. Bez zdziwienia zauważyłem, że windziarz lustruje ją łakomym wzrokiem.

Opuściliśmy windę i ruszyliśmy korytarzami przechodzącymi w mosty nad rzekami, przepaściami, w podziemne i podwodne tunele. Szliśmy długo poprzez fantazyjne przestrzenie, aż zacząłem momentami podejrzewać, że chodniki są bieżniami i tak naprawdę drepczemy w miejscu. Spotykaliśmy jednak innych drepczących w różne strony i to dodawało nadziei.

Nie będę wam przedstawiać półrealnego świata. W opisie to nie byłoby nic szczególnego – dokładnie to samo, co znany wszystkim wirtual, tyle że można go dotknąć, powąchać, polizać. Nie ma potrzeby opowiadać, jak przeszliśmy większą część drogi. Podejrzewam, że nikt tak naprawdę nie chciał nas zatrzymać. Bo i po co? Dwie muchy w pajęczej sieci same proszące o widzenie z pająkiem. Mówiąc pokrótce, wystarczyło nam trochę sprytu, trochę bezczelności. Czasami musiałem sięgnąć do głębszych pokładów elokwencji, czasami do wspomnianej już umiejętności działania ludziom na nerwy. Tłumaczyłem potrzebę wizyty, wyjaśniałem opóźnienie, pomstowałem na wysłanie przez technologicznego giganta ważnych dokumentów w przedpotopowych kopertach. Radziłem zakup żwawszych osiołków do przewozu poczty. Wpadałem w prawniczy żargon lub proszący ton zależnie od okoliczności. Nie było tak źle. Kilka razy musieliśmy poczekać dłużej niż godzinę. Pozwolono nam jednak skorzystać z toalety (kabina imitująca skocznię narciarską – niespecjalnie zabawne). Raz czy drugi poczęstowano kawą. Ktoś odebrał od nas płaszcze i plecaki. W każdym razie brnęliśmy do przodu.

A ona dreptała przy mnie, cicha, gotowa skryć się pokornie w blasku potencjalnego męża. Piękna, inteligentna, zaradna, właściwie idealna, czyli posiadająca wystarczający pakiet, by odstraszyć od siebie większość mężczyzn. Takie jak ona dostawały zazwyczaj od życia jedynie towarzystwo dwudziestu kotów na starość. A jeśli miały szczęście, to po drodze do kociego przytułku, czekała je co najwyżej przyjaźń z tym czy innym gejem, odpornym na kobiecy urok. No chyba że zdarzał się cud, gwałcący prawa przyrody, i kobieta jedna na milion trafiła na mężczyznę jednego na milion. I żeby było jasne, ja tym facetem nie byłem.

Nie dziwiłem się, że – jak napisali w wezwaniu – osiągnęła nieprzyzwoicie wysoki wynik testu. Pewnie podeszła do niego szczerze, z całkowitym skupieniem i oddaniem, jak do wszystkiego, co robiła. Jak już mówiłem, nie wiadomo, jakie cechy brali pod uwagę. Co więcej, nie było nawet wiadomo, kiedy je badali, bo regularne testy były stałym elementem edukacji i życia zawodowego.

– Dziwisz się, że cię nie wezwali – stwierdziła raczej, niż zapytała.

– Nie, zastanawiam się tylko, co to był za test.

– Wiesz, że to mógł być każdy. Mało ich pisaliśmy w życiu? Mogli przeanalizować wszystkie.

Miała rację. Rządzili siecią. Mieli dostęp do wszystkiego. Myliła się jednak, sądząc, że dziwił mnie brak własnego wezwania, bo nigdy nie chciałem uczestniczyć w ich grze. Nie chodziło tylko o skojarzenia z zoo i słoikami formaliny, zwyczajnie nie znosiłem grzebania w głowie i rozwiązywania testów, zatem na wszystkie pytania starałem się udzielać drwiących odpowiedzi. Nie zawsze miewałem natchnienie, często więc wychodziły z tego najżałośniejsze głupoty, choć nie sądzę, żeby dali się na to nabrać. Już pierwszy lepszy psycholog rozpoznałby proste mechanizmy obronne. Nie byłem tylko pewien, co chroniłem: moją prywatność przed testującymi, czy prawdę o sobie przed sobą samym. W nieoficjalnych, niewystandaryzowanych testach, wypełnianych w domu na kolanie, osiągałem obłędne wyniki. I czułem się z tym na tyle dobrze, że nie chciałem ich weryfikować. Kosmitów chyba nie można było nabrać na kpiny. Jeśli byli choć w połowie takimi bogami, za jakich chcieli uchodzić, pewnie potrafili z czystej kartki ocenić poziom tego, co też tam badali. Najwyraźniej nie zostałem wezwany, bo nie byłem tak wybitny, jak mi się wydawało. Można uznać zatem, że ostatecznie skonfrontowałem się z rzeczywistością. I szczerze mówiąc – wisiało mi to.

– Powinieneś dostać wezwanie i to się na pewno jeszcze okaże.

Ona i ta jej absolutna wiara we mnie! Może to właśnie była jej cecha szczególna? Intuicja. Umiejętność dostrzegania w ludziach pozytywów?

– Może – odmruknąłem, nie chcąc ciągnąć tematu.

Żeby było jasne, nie pojechałem z nią, żeby załapać się na krzywy ryj na jakieś dodatkowe badania. Nie miałem też ani nadziei, ani ochoty na ewentualne otwarcie wrót raju. Ona zresztą też chyba na to nie liczyła. Pojawiła się tu, bo została wezwana. A ja jej towarzyszyłem, bo chciałem, żeby dotarła na miejsce żywa, żeby już po dotarciu nie zabito jej za spóźnienie, żeby nie ponosiła odpowiedzialności za winę poczty i miała szansę być potraktowana jak ktoś, kto zgłasza się na wezwanie zgodnie z zasadami. Oczywiście nie łudziłem się, że moja obecność zdoła czemukolwiek zapobiec, gdyby sprawa faktycznie była z góry przegrana. Miałem jednak poczucie, że ze mną ma trochę większe szanse niż sama. Poza tym zwyczajnie nie zamierzałem zostawić jej w tym gównie. Nie myślcie, że było to bohaterstwo. Żaden tam ze mnie bohater. Po prostu nie miałem nic do stracenia.

Od dłuższego czasu szliśmy w scenerii stylizowanej na zamczysko. Wzdłuż korytarza ciągnęły się kamienne ściany, kobierce, pochodnie, aż do wąskich, krętych schodów, które sugerowały, iż czeka nas wejście na wieżę. Rozpoczęliśmy wspinaczkę, lecz na pierwszym półpiętrze zagrodził nam drogę postawny mężczyzna. Nie dorównywał ogromem większości strażników, których tu spotkaliśmy, ale był całkiem wysoki i barczysty. Był również tak piękny, że od patrzenia na niego mogły rozboleć oczy. Silna, ale nieprzerysowana szczęka, złote włosy, spływające falami na ramiona, szafirowe oczy, pasujące barwą do kaftana. Wypisz, wymaluj, sir Lancelot w służbie jego królewskiej mości.

Pokonałem ostatnie stopnie i zatrzymałem się przed nim. Moja dama, której ze względów bezpieczeństwa nie puściłem przodem, stanęła tuż obok. Wtedy skłonił się lekko przed nią.

– Witajcie.

– Witaj i ty, panie – na wszelki wypadek uderzyłem w ton stosowny do epoki i wyciągnąłem do niego dłoń.

Zawahał się, ale podał mi rękę, co było dobrym znakiem. Uścisk dłoni miał miękki, niebudzący respektu, niepasujący do wyniosłej postawy.

– Dotarliście daleko – skrzyżował ręce na piersi – w tym miejscu musicie podjąć ostateczną decyzję. Jeśli chcecie iść dalej, musicie przystąpić do gry. Wiedzcie jednak, że przegrana oznacza śmierć.

Cały czas brałem na siebie rozmowy z ochroniarzami, tym razem odezwała się ona.

– Pójdziemy dalej, jeśli pozwolisz.

– W pani przypadku to zrozumiałe, bo nie ma pani nic do stracenia. Formalnie jest pani martwa, ale pan? – w jego tonie zabrzmiała irytująca nuta w stylu „a panu już dziękujemy”.

– A ja jestem jej rycerzem w lśniącej zbroi na białym koniu. Tylko zaparkowałem go za rogiem – również skrzyżowałem ręce na piersi. Spod podwiniętych rękawów wyjrzały napięte przedramiona. Może nie były tak imponujące jak jego, ale za to prawdziwe.

Nie odrzekł nic. Odwrócił się na pięcie, ruszając schodami w górę. Poszliśmy za nim i po kilku zakrętasach wieży znaleźliśmy się w całkiem przytulnej sali. Ogień trzaskał na kominku, skórzane fotele rozstawione wokół niskiego stołu zachęcały do chwili relaksu. Nasz przewodnik skwapliwie skorzystał z tej możliwości, wskazując nam miejsca po przeciwnej stronie blatu.

– Możecie wybrać dowolną grę.

Odniosłem wrażenie, że jego głos nieco zadrżał, jakby mężczyzna był lekko zdyszany, choć pokonaliśmy zaledwie ze trzydzieści stopni w umiarkowanym tempie. Wspomniałem dziwną miękkość dłoni i nabrałem podejrzeń, że nasz gospodarz, skryty pod płaszczykiem awatara, może być otyły.

– Wybieramy wyścigi, panie.

– Nie ma takiej możliwości – odparł poirytowany.

– Na pewno macie tu bieżnie, które mogą pomóc imitować bieg wokół dziedzińca – nie odpuszczałem, widząc, że zmagania fizyczne nie są mu na rękę. – Jeśli kosmiczny sprzęt nie jest tak doskonały, jak głoszą wieści, to może chociaż porządny rycerski pojedynek?

– Nie ma takiej możliwości – powtórzył, wskazując na blat stołu, na którym ukazały się szachy, karty, Go, Gra Wiggina, agresywne transportery i masa różnych pudełek – do wyboru są tylko gry umysłowe.

Może mam nie najgorsze zdanie o własnej inteligencji, ale wiem, kiedy odpuścić. Mieliśmy do czynienia z intelektualistą, który pracował u obcych, a może nawet jednym z kosmitów. Tak czy siak nie miałem z nim szans.

– Wybieram kółko i krzyżyk.

– Liczyłem na coś bardziej ambitnego – tym razem był wyraźnie zniesmaczony.

– Przykro mi panie, iż cię zawodzę, jednak w tych okolicznościach odpowiada mi gra dla idiotów.

Nie był idiotą, więc od razu zrozumiał. Wybrałem grę, w której nikt nie może wygrać, o ile obaj przeciwnicy są minimalnie rozgarnięci. Co za tym idzie, nikt nie może też przegrać, a on tylko taki warunek postawił. To przegrana oznaczała śmierć, zatem remis powinien pozwolić zachować życie.

– Dobrze więc, rycerzu w lśniącej zbroi na białym koniu, będziesz miał swój pojedynek. Wyzywam cię. Wedle zwyczaju jednakże mam prawo wybrać reprezentanta.

Bez względu na to, na który zwyczaj się powoływał – na średniowieczne zasady czy reguły nałogowych graczy – taki obrót spraw przestał mi się podobać. Otoczenie rozmazało się, a gdy powróciło do poprzedniej ostrości, dalej siedzieliśmy w fotelach przy stole, ale zza pleców naszego rozmówcy znikła ściana z kominkiem. Sala powiększyła się o dużą, pozbawioną mebli powierzchnię, na jej środku, na gołych deskach stał rycerz w pełnej zbroi. No to było po mnie.

– Wedle zwyczaju – usłyszałem jej spokojny głos – jeśli kogoś wyzywasz, panie, to on ma prawo wybrać broń.

Nadzieja wlała się we mnie wraz z uderzeniem adrenaliny. Nie zaprotestował, więc rozwiązałem i odrzuciłem na stół krawat, wstałem, wyrównałem oddech, rozluźniłem lekko mięśnie, skoncentrowałem się na przeciwniku.

– Wybieram ręce i nogi. Żadnej broni.

Rycerz odwrócił głowę w stronę mocodawcy. Gdy ten wzruszył ramionami, wojak odrzucił z brzękiem miecz oraz tarczę. Czekałem na ciąg dalszy, ale najwyraźniej rycerz nie zamierzał robić niczego innego. Chciał przystąpić do walki wręcz w pełnej zbroi? Albo miał jakieś super wspomaganie, albo za dużo czasu spędzał łupiąc w gry komputerowe. Może to, co pokazywała sieć, nie było prawdziwą zbroją, ale skoro przed chwilą mieliśmy naparzać się mieczami zakładałem, że jakiś pancerz tam ma. A to znaczyło, że będzie powolny.

– No dobrze, ustalmy jeszcze zasady… – Zrobiłem krok w jego stronę, nie wierząc, że nabierze się na ten stary uliczny numer, a on zrobił krok w moją. Wtedy skróciłem dystans i wyrżnąłem go kopnięciem w okolice żołądka. Kiedyś kopnąłbym w głowę, lecz cóż – starość nie radość. Normalnie po takim kopnięciu wyleciałby w powietrze, ale był za ciężki w tej swojej konserwie. Zwalił się na plecy mało widowiskowo i huknął potylicą w ziemię, aż zabrzęczało.

– Poddajesz się paladynie level sto pięćdziesiąt? – Podszedłem do niego, wiedząc, że nawet jeśli nie jest ogłuszony upadkiem, to nie zdoła od razu poderwać się na nogi. Zgubiła mnie pycha. Skubaniec przetoczył się na bok i rąbnął mnie okutą rękawicą w kolano. Cios był mocny i celny. Tym razem ja zwaliłem się na deski, natychmiast przetaczając, by wyjść z jego zasięgu. Noga bolała paskudnie, ale wiedziałem, że zdołam wstać. Tym razem byłem zdecydowany roznieść go, nawet ryzykując, że zabiję. Trudno. Zasady były jasne – albo on albo ja.

– Dość! – Nasz gospodarz zerwał się z fotela. – Remis!

– Jaki remis? – warknąłem. – Ogłaszaj drugą rundę.

– Wystarczy walki. – Stanął między nami. Paladyn za nim niezdarnie podniósł się z kolan. Najwyraźniej obaj zdążyli zorientować się, że nie spędziłem całego życia głosząc wykłady w wirtualnym garniturze i pod staromodnym krawatem. – Chciałeś się ścigać. Będziesz się ścigać. Wybierz dowolny dystans i rodzaj trasy. Stadion, góry, pustynia, co chcesz.

Był wyraźnie zdenerwowany, ale to nie przeszkadzało mu szybko myśleć. Umiałem walczyć z rozwalonym kolanem, lecz nie nadawałem się do wyścigu. Pokuśtykałem do fotela i rozparłem się w nim z pogodnym uśmiechem. Lancelot patrzył na mnie, niczego nie rozumiejąc.

– W porządku, niech będzie. Zgodzisz się jednak, panie, że i ja mam prawo wybrać reprezentanta.

Dalej nie rozumiał. Przerzucił spojrzenie na nią. Stłumiła uśmiech. Bo widzicie… zdaje się, że wspominałem o jej nogach? Rzecz w tym, że były masywne nie bez przyczyny. Mówi się czasem o powierzaniu losu w czyjeś ręce. Ja bym się na to nie zdecydował. Nie zawahałbym się jednak przed powierzeniem życia jej nogom.

Wyścig był farsą. Paladyn, po wyłuskaniu ze zbroi, okazał się smukłym wysportowanym mężczyzną (o ile nakładka wirtualna znów nie przekłamywała), nie miał jednak szans. Zdystansowała go na pierwszym okrążeniu, a każde kolejne było dla niego coraz bardziej upokarzające. Gospodarz przyjął porażkę z rezygnacją. Wykazał się nawet klasą, gratulując zwycięstwa, gdy komputer na powrót przeniósł nas do realiów zamkowej komnaty.

– Możecie iść dalej, ale nie gwarantuję sukcesu. – Pochylił się i podniósł porzucony przez rycerza miecz. – Weź go. Może się jeszcze przydać.

Bez przekonania przyjąłem oręż i podreptaliśmy dalej. Bolało mnie kolano. Wiedziałem, że ona jest zmęczona po biegu, choć nie chce się do tego przyznać. Oboje byliśmy spragnieni i głodni. Miałem nadzieję, że nasza wędrówka nie potrwa już długo. Droga tym razem pięła się łagodnie pod górę, korytarz przestał nawiązywać do zamkowej scenerii. Właściwie stał się nijaki, tylko miałem wrażenie, że z każdym krokiem robi się ciemniejszy. Faktycznie, wkrótce zaczęło brakować światła. Nie było bardzo ciemno, ale lekki półmrok budził niepokój. Instynktownie przestaliśmy się odzywać i ostrożniej stawialiśmy kroki, jakby skradając się, by nie obudzić licha.

A licho czekało tuż za zakrętem w postaci kilku zadziwiających stworzeń. Stały wzdłuż ścian niemal bez ruchu, tylko lekko się kołysząc. Nie było w ich ruchach żadnej synchronizacji, żadnego rytmu, jakby każda z istot słyszała inną muzykę. Nie umiałem stwierdzić, czy to ludzie. Miały ludzkie sylwetki o przesadnie cienkich, wydłużonych członkach. Ich naga skóra była zupełnie biała, odznaczały się na niej tylko czerwone wargi. Istoty nie miały oczu. Nie miały nawet oczodołów. Nie posiadały też uszu, a w każdym razie małżowin usznych, tylko przerażająco gładkie, białe twarze z nosami w zaniku i poprzecznym pęknięciem ust. Z tej odległości i w słabym świetle nie mogłem dostrzec wszystkich szczegółów. Słyszałem o modyfikacjach celowo tłumiących zmysły dla tych, co chcieli poświęcić się medytacjom, ale te stwory nie wyglądały na mędrców czy mnichów. Wydłużone palce zakończone pazurami zdawały się pasować do rozszarpywania ciał, a nie składania w modlitwie.

Najwyraźniej jeszcze istoty nie zorientowały się, że nadeszliśmy. Mocniej ścisnąłem miecz. Mogłem spróbować ranić dwa najbliższe stwory, zanim pozostałe trzy się zorientują, a potem improwizować, wykorzystując zaskoczenie. Jednakże nie byłem pewien, czy atak jest słusznym rozwiązaniem. Wyglądały ohydnie, sprawiały wrażenie niebezpiecznych, niemniej faktycznie mogły być jakimiś celowo zdeformowanymi mędrcami. Tylko co robiły w tym ciemnym korytarzu? Spojrzałem na nią, bezradny. Wzruszyła ramionami, ale zerknęła na miecz i nieznacznie pokręciła głową. Wtedy przypomniałem sobie, że dał mi go człowiek, którego zadaniem było utrudnianie, a nie ułatwianie nam drogi. Pomstując w myślach na bolące kolano, przykucnąłem i położyłem miecz na posadzce. Na brzęk odkładanej stali istoty momentalnie znieruchomiały i jak zaprogramowane, zgodnym ruchem odwróciły głowy w naszym kierunku.

– Dzień dobry – odezwała się tonem tak serdecznym, że aż mnie zatkało. Wiedziałem, iż ta kobieta posiada zdumiewającą umiejętność koncentrowania się na ludzkim wnętrzu, nie zwracając uwagi na powierzchowność, ale tym razem chyba przesadziła.

– Staramy się dotrzeć do statku-matki – ciągnęła płynnie, bez cienia niepokoju. – Czy byliby państwo uprzejmi wskazać nam drogę?

Pytanie zabrzmiało tak absurdalnie, że może bym się roześmiał, gdyby nie dominujący strach. Tymczasem istoty zbliżyły się wolno, otaczając nas w nieregularnych podrygach. Z suchymi, obrzydliwymi trzaskami kręgosłupów zaczęły pochylać się nad nami i muskać pazurzastymi palcami nasze twarze. Nie otwierały ust, ale słyszałem niewyraźne szepty.

– Gniew, przemoc, zgorzknienie… – wychwytywałem pojedyncze słowa ginące w świstach i szumie.

– Dotarliście do statku-matki – odezwała się jedna z istot, tym razem poruszając wargami. A potem poczułem coś jakby uderzenie w głowę, silny ucisk na czole i skroniach. Wraz z nim pojawił się natłok cudzych myśli i zrozumienie. To już tu. Jej odpowiedź na wezwanie została zaakceptowana. Moja rola się kończy. Świat zawirował, straciłem równowagę i poleciałem do tyłu, lądując w skórzanym fotelu. Rozejrzałem się oszołomiony. Była to ta sama sala kominkowa, z której jakiś czas temu wyszliśmy. Ani śladu istot. Ani śladu jej. Nawet nie mieliśmy możliwości pożegnania. Przekaz był jednak jasny – ona dotarła, ja jestem zbędny i mogę wracać do domu.

Siedziałem wyczerpany w fotelu, zastanawiając się, co dalej. Stwierdziłem, że właściwie nigdzie mi się nie śpieszy. Oparłem nogi na stole, skrzyżowałem ręce na piersi i nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem.

Obudził mnie chłód. Nawet jeśli ogień w kominku nie był prawdziwy, to dostosował się do realiów i zgasł. Po drugiej stronie stołu w fotelu z czerwonej skóry siedział wielki, czarny facet. Twarz miał bez wyrazu, oczy skrył za przeciwsłonecznymi okularami. Uśmiechnąłem się. Ten, kto wybrał taki awatar, miał kiepskie poczucie humoru.

– Ona nie potrafi podjąć decyzji – przeszedł od razu do rzeczy, a ja, nie wiedzieć czemu, od razu nabrałem pewności, że rozmawiam z jednym z nich. Czując, jak uśmiech spełza mi z twarzy, zdjąłem nogi ze stołu, bo jakoś tak nie wypadało…

– Przykro mi, ale nie umiem pomóc – stwierdziłem z ostentacyjnym smutkiem, podejrzewając, do czego zmierza ta rozmowa.

– Możesz. Oddaj nam ją!

– Nie mogę oddać czegoś, co nie jest moje.

Zacisnął zęby. Potem wycedził:

– Zatem ci ją odbiorę.

– Nie możesz z tego samego powodu. Nie jest moja – rozłożyłem ręce w bezradnym geście. Odczekałem chwilę i oparłem dłonie na stole pochylając się ku niemu. – Zresztą wtedy nie byłoby gry, a wy lubicie grać.

Zamilkł na chwilę i świdrował mnie wzrokiem. Nie widziałem jego oczu zza ciemnych okularów, ale czułem siłę tego spojrzenia.

– Dobrze. Zagrajmy więc ostatni raz. – Wyciągnął wielką dłoń, na której leżały dwie tabletki i powiedział dokładnie to, czego należało się spodziewać. – Jeśli połkniesz czerwoną, wrócicie razem do realu, a ja nie będę was już niepokoił. Jeśli niebieską – otworzy się przed wami pozaziemski wirtualny raj.

Bez zastanowienia zgarnąłem obie, wrzuciłem do ust i połknąłem. W tym miejscu wirtual synchronizował się z realem, więc – tak jak podejrzewałem – po zażyciu pigułek nic się nie stało. Tkwiliśmy w punkcie wyjścia. Mój rozmówca sapnął z irytacją.

– Próbujesz zmusić mnie, bym tak czy inaczej zdecydował za nią – wyjaśniłem. – Nie zrobię tego.

– Możemy spełnić twoje marzenia – najwyraźniej gra toczyła się dalej. Nadszedł czas na kuszenie.

– Nie możecie. Ja nie mam marzeń.

– Każdy czegoś pragnie.

– Nie ja. Już nie.

– Możemy ci zwrócić to, co straciłeś.

Nie dziwiło, że posiada moje szczegółowe dane i wie, co zaoferować.

– Był już taki jeden, co wskrzeszał zmarłych i nawet zapowiedział, że powróci. Chyba nie jesteś jego wcieleniem?

– Jeśli tak chcesz to nazwać, to jestem. Jestem… jesteśmy bogami. Możemy wszystko. Wszystko, co tu stworzymy, istnieje. Czego tylko zapragniesz – zobaczysz, usłyszysz, dotkniesz. Nasz świat jest ziszczeniem marzeń o zmartwychwstaniu – zrobił pauzę, by powrócić do sedna sprawy. – Możemy dokonać cudu. Wskrzesić z twoich wspomnień…

– Nie wskrzesić – przerwałem. – Zaprojektować. – Nie było sensu ciągnąć tej dyskusji. – Kto nie żyje, ten nie żyje. Nie ma powrotu. Jeśli jesteś bogiem, to ja ateistą.

Tym razem porządnie się zezłościł i gwałtownie przechylił w fotelu.

– Odbiorę ci wszystko – wyszeptał, a jego pozorny spokój podkreślał groźbę. Doszliśmy do kolejnego obowiązkowego etapu.

– Proszę bardzo. Nie mam już niczego, na czym by mi zależało.

Najwyraźniej zgodził się ze mną, bo sięgnął do innej pogróżki.

– Mogę sprawić ci ból.

– Tak, ale nie zrobisz tego. – Byłem już spokojny, bo wiedziałem, że mam rację. – Uważacie się za bogów. Kochacie gry. Rozstawiacie nas na swojej planszy, ale pozwalacie dokonywać wyborów. Wolna wola i te sprawy… Do niczego mnie nie zmusisz.

Milczał. Oczywiście mógł uświadomić mi, że jestem w błędzie i przejść do spełniania gróźb, lecz znów zmienił taktykę.

– Doprowadziliście wasz świat na skraj zniszczenia, my zaś możemy ocalić z niego to, co cenne, w tym i ją. Poza tym teraz jest, jak mawiacie, perłą wśród wieprzy, a wśród innych wezwanych – i tylko z nimi – ma szansę być szczęśliwa. Chcesz jej to odebrać?

– Nie. Po prostu wybór nie należy do mnie.

– Od lat wtrącasz się w jej życie. Nawet tu przyszedłeś z nią. Wybieraj!

– Może i się wtrącam, ale są takie decyzje, które trzeba podjąć samodzielnie.

– Zostań tu razem z nią. Czy nie po to przyszedłeś?

– Nie. Chcę wracać. – Nawet jeśli wcześniej powątpiewałem w czystość własnych intencji, teraz doznałem niejakiej ulgi, uzyskując pewność.

– Do czego chcesz wracać? Do pustego domu? – Cios był celny, lecz wbrew oczekiwaniom, mało bolesny. Tęsknota stała się już moim stanem naturalnym, a samotność nigdy mnie nie przerażała.

– Tak, właśnie tego chcę.

– To twoje ostatnie słowo?

– Ostatnie.

I wierzcie albo nie, powróciłem do domu. Przecież gdybym nie wrócił, nie mógłbym wam tego opowiedzieć.

A ona w końcu podjęła decyzję. Nieistotne jaką. Ważne, że to był jej wybór.

Możecie się ze mną nie zgadzać. Możecie chcieć poznać pełne zakończenie. Ale chyba wspominałem, że niekiedy działam ludziom na nerwy?

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Grzegorz

    To jest lepsze niż Głuchowski. Chcę jeszcze.

    1. Grzegorzu, science fiction więcej nie mam, ale moje fantasy jest jeszcze lepsze;) Zapraszam.

Dodaj komentarz