Nie byłem dobrym starszym bratem.

Wpłynęło na to wiele okoliczności, ale tekst dotyczy momentu, gdy postanowiłem chwilowo realizować obłaskawianie młodszej siostry i zbudować jej domek w ogrodzie dziadków. Nie mam pewności, czy to była moja idea. Biorąc jednak pod uwagę, że liczba głupich pomysłów przypadających na nas dwoje była wprost proporcjonalna do liczby urazów odnoszonych w dzieciństwie i korelująca z niewiarygodnym współczynnikiem naszej przeżywalności – równie dobrze mogła to wymyślić moja siostra.

W każdym razie budulcem do tegoż domku miał być stary, doszczętnie zrujnowany płot sąsiada. Coś na kształt chatki ostatecznie powstało, ale w procesie produkcji dwa zardzewiałe gwoździe wbiły mi się w dłonie. Na trzeci stanąłem, przebijając but i stopę. Obrażenia te paprały się dość długo, lecz przynajmniej dawały możliwość wciskania dzieciakom z podwórka legend o stygmatach. Brakowało mi do pełnego kompletu tylko rany w drugiej stopie i w boku. Tę ostatnią – z racji niezbyt istotnego medycznego drobiazgu – właśnie nabyłem. Całej tej słodkiej historii dodatkowego lukru dodaje fakt, że mój watykański kumpel, którego tylko niechęć do białych strojów dzieli od zastania papieżem, od lat mnie straszy, że jak będę go dalej wpieniał, to z zemsty mnie beatyfikuje.

No więc… jeśli wkrótce zacznę wrzucać posty podobne do grafik pewnego amerykańskiego prezydenta, to będziecie wiedzieli, że wlazłem na ten ostatni gwóźdź.

Albo raczej na grabie.

Dodaj komentarz