Skąd się wzięła moja specyficzna psychika?

Wszystko przez to, że matka, będąc w ciąży, połakomiła się na ówczesną kulturalną nowość, czyli „Twarzą w twarz” Ingmara Bergmana. Szok wywołany filmem spowodował, że przyszedłem na świat gdzieś między tym, jak dr Jenny widzi ducha starej kobiety, a tym, jak łyka opakowanie tabletek nasennych w celach samobójczych. W każdym razie akuszer Bergman powołał mnie na świat kilka tygodni za wcześnie, a mój tate – niespodziewający się, że zaraz zostanie ojcem – grał sobie na drugim końcu kraju ze swoim teatrem na jakimś tourne, czy na co tam jeżdżą teatry, które nie potrafią przyzwoicie siedzieć w jednym miejscu.

I tu musicie poznać jeszcze jeden absolutnie zaskakujący fakt. Otóż mój stary, maestro złośliwych żartów, był na dzielni królem dowcipu i cesarzem wkręcania znajomych, a tym samym żył w ciągłym zagrożeniu, ponieważ absolutnie każdy też próbował go wkręcić. Musiał zatem zachowywać czujność niczym ojciec chrzestny przy jedzeniu pomarańczy, tylko z nieco lepszym skutkiem.

A kiedy moja matka trafiła do szpitala i musiała w nim jeszcze zostać, to poprosiła najlepszego kumpla ojca, żeby do niego zadzwonił i przekazał dobre wieści wraz z informacją, że czas prędziutko wracać do domu. Jakiś zupełnie niespodziewany zbieg okoliczności sprawił, że ten kumpel był na dzielni zgrywusem numer dwa. I oczywiście marzył o koronie. Schował jednak ambicję do kieszeni w imię wyższego dobra, po czym udał się na pocztę zamówić międzymiastową.

Ofiarnie wyczekał kilka godzin na połączenie i nareszcie mógł przekazać wieści:

– Staryyyyyy! Graaaaaaatulacje! Masz syna! Wracaj do domu.

[Chwila ciszy.]

– Baaaardzo śmieszne.

[Dźwięk odkładanej słuchawki.]

I tak sobie rosłem, bez tate i z mame w traumie po Bergmanie.

No to chyba sporo tłumaczy.

Dodaj komentarz